BABIA GÓRA I

Tuż przed czwartą rano otworzyłem oczy. Za oknem było jeszcze ciemno, więc leżę sobie spokojnie oczekując aż pierwsze promienie słońca zapukają w szyby okien. Zaraz, zaraz przecież jest już połowa września, a więc zbyt wcześnie na wschód słońca. No tak, pomyślałem, wczoraj o czwartej po południu przyszliśmy do Schroniska na Hali Krupowej, a dzisiaj o czwartej rano pobudka. Dwanaście godzin w tym miejscu, a już za chwilę podeptamy na Babią Górę i jeszcze dalej. Ktoś śpiący nade mną poruszył się wywołując tym głośne niezadowolenie piętrowego łóżka, które zgrzytnęło zgodnie ze swoim zwyczajem i zabrzmiało prawie tak samo, jak małe stado kawek. W tym samym momencie ciemną nocną szybę rozbił księżyc wychylający się zza małych chmurek. Zauważył to także Andrzej i Stefan. Ten pierwszy cichutko szepnął: chłopaki wstajemy, a my natychmiast zaczęliśmy się zbierać. Odpuściliśmy sobie poranny prysznic i śniadanie w schronisku, aby nie budzić braci turystycznej, która późno ściągnęła na nocleg. Poranne mycie zrobiliśmy sobie przy studni, która tak, czekała na nas ze swoją „ciepłą wodą”. Całe mokre osiem stopni Celsjusza wzięliśmy „na klatę”, co zadziałało niczym prąd i dostaliśmy naturalnego kopa. Oczy otwarły się szerzej niż zwykle, oddech na chwilę zamknął się w sobie, a pozostałość ciała wpadła w chwilowe drżenie i odrętwienie. Nic to. Umyć przecież się trzeba. Następna dawka górskiej wody i jeszcze kolejnych kilka. Po tak szybkim rytmie odczuwalna temperatura wody podniosła się o jakieś dwa stopnie. Można powiedzieć, że był postęp, a ciało w tym szaleństwie zmyło z siebie zapachy nocy. Jeszcze szybkie śniadanko i na szlak śpiący jeszcze w ciemnościach.
Prowadził Andrzej za nim szedł Stefan, a ja zamykałem grupkę, czyli byłem na tak zwanym zamku, dlatego by móc zapalić pierwszego porannego papierosa. Czyste górskie powietrze w tak dużej ilości mogło przecież doprowadzić moje płuca do szoku, które wychowane w mieście nie nawykły do tak nieskalanej mieszaniny wdychanych gazów. Szliśmy ostro, bo taki mieliśmy zwyczaj. Dodatkowym wyznacznikiem tempa była godzina szesnasta z minutami, czyli godzina odjazdu ostatniego pociągu z Huciska. Idziemy delektując się równocześnie zapachem lasu, jaśniejącym niebem i… nagle coś w moim żołądku zabuzowało raz i drugi. Niestety niepokojące żołądkowe ruchy wymusiły w końcu wejście, a właściwie gwałtowny skok w las. Rzuciłem tylko do chłopaków: idźcie ja was dogonię. Chwila leśnego skupienia i w pogoń za nimi. Gonitwa kosztowała trochę wysiłku, ale co tam, doszedłem ich i to się liczy. Tyle, co wyrównałem oddech, a tu znowu żołądek się odezwał, a więc ponownie trzeba było skoczyć na leśne skupienie i ponownie gonić. Takie momenty powtórzyły się jeszcze parę razy. Nie wyglądało to najlepiej (co za pech).

Na szczęście na Przełęczy Krowiarki wszystko wróciło do normy. I całe szczęście, bo w przeciwnym przypadku spowalniałbym kolegów, a tego nie chciałem. Istniało także zagrożenie wycofania się ze szlaku i mojego szybszego powrotu do domu. Jak znam chłopaków wracaliby na pewno ze mną, a nie chciałem im tego robić. Przed podejściem na Sokolicę zapytali jeszcze, jak jest. Odpowiedziałem, że w porządeczku. Idziemy dalej. Szybko wdepnęliśmy na nią, a tam chwileczka oddechu na stojąco plus podziwianie widoków. Dobrze, że zatrzymaliśmy się, bo ciągła gonitwa za chłopakami i ekscesy żołądkowe osłabiły mnie okrutnie. Zastanawiając się nad przyczynami zawirowań doszliśmy do wniosku, że to musiała być woda, którą piłem dzień wcześniej z różnych źródełek idąc z Zawoi na Halę Krupową (w przyszłości już tego nie zrobię). Dobra jest, ruszamy dalej. Babia czeka! Niesamowite widoki i słońce coraz wyżej, zagoiły się poranne rany. Aż tu w pewnym momencie wraz z dmuchnięciem wiatru uleciały ze mnie siły. Głowa chciała iść dalej, ale organizm, a szczególnie nogi opierały się tak bardzo, że bliskie były okrzyku STOP i „wyłączenia prądu”. Nigdy wcześniej nie przydarzyło się coś takiego i nie wiadomo było, co robić. Każdy krok był tak ciężki i trudny, jakby ktoś na stopy założył mi ołowiane buty. W mojej głowie dwóch Marków kłóciło się, a właściwie walczyło ze sobą. Jeden podpowiadał mi: nie idź dalej, odpocznij, zejdź do przełęczy i wróć do domu. Drugi zaś przekonywał, że dam rady, to przejdzie i za chwilę wszystko będzie w porządku, no przecież nie zrezygnujesz! Kłótnia trwała kilka chwil, aby ją zakończyć musiałem podjąć szybko decyzję. Idę dalej, przetrzymam to nagłe osłabienie, a na Markowych Szczawinach zobaczmy, co będzie dalej (Marek na Markowych, brzmi dobrze).
Opuściłem na oczy kapelusz, a głowę skierowałem w dół na buty Stefka. Wiedziałem, że patrzenie w górę i wypatrywanie szczytu (dobrze by już był), groziło szybkim wyssaniem resztek sił, jakie we mnie jeszcze zostały. Psychika potrafi płatać takie figle. Pamiętałem z poprzedniego wejścia, jak każdy mały szczycik wydaje się szczytem głównym. Aby się nie dać założyłem deptanie zgodnie z rytmem butów Stefka. Dopóki poruszają się znaczy, że jeszcze nie wdepnęliśmy na szczyt, a więc o odpoczynku nie ma mowy. I tak krok w krok walczyłem ze swoimi słabościami. Obserwowane buty poruszały się miarowo, a ich stąpania były, jak rytmiczne tykanie starego ściennego zegara. Byłem tak wycieńczony, że prawie modliłem się, aby te buty zatrzymały się, a ja mógłbym rozpocząć szczytowanie i chwilkę odpocząć (odpoczynek tak, jedzenie nie). Czas ciągnął się niemiłosiernie, a każde pięć minut było, jak godzina. Nic to. Dam radę. Wytrzymam. Wydawało się, że już pół dnia idziemy pod tą górę. Zaczynałem się obawiać, że jeśli pójdziemy tak drugą połowę dnia to … I nagle buty przewodnie zatrzymały się tak gwałtownie, że moja zmordowana twarz wylądowała na plecaku Stefana. Czyżbyśmy przepuszczali kogoś idącego z góry i dlatego stoimy? Nie podnoszę głowy. A może zdarzył się cud i weszliśmy na szczyt? Z rozmyślań i nadziei na cud wyrwał mnie głos Andrzeja: chłopaki mamy ją. I cud się zdarzył!!!

Nareszcie przerwa na jedzonko (beze mnie), widoki i zdjęcia. Boże, westchnąłem, nareszcie możemy szczytować. Zrzuciłem ciężki plecak, kapelusz i popatrzyłem na panoramę z mojej ulubionej góry. Tym, co byli na Babiej nie muszę opisywać pochłanianych oczami wspaniałości, a tym, co jeszcze nie byli żaden opis nie zobrazuje tego wielowymiarowego cudu. Ten wiatr, to słońce i niebo, te lasy i górki z cieniami obłoków, a jeszcze to jezioro w oddali. Tutaj do człowieka dociera, jaki jest mały i wielki zarazem. To wszystko razem sprawia, że czujesz się lekko, prawie lewitujesz. Widokowo-górski orgazm totalny!!! Tak cudowne przeżycia i termosowa kawa wypita za murkiem rozpostarły nad nami kolorowe aureole szczęścia. W tym momencie nie myślałem o tym, czy dam rady dalej iść (po cóż wrzucać do smaku miodu, jakieś opary dziegciu).
Posiedzieliśmy sobie troszkę dłużej niż planowaliśmy. Trudno było odmówić oczom i uszom babiogórskiej uczty. Oj trudno i to bardzo. No, ale nic nie może przecież wiecznie trwać. Trzeba schodzić. Kilka szybkich kroków na zejściu i … okazało się, że siły w cudowny sposób powróciły. Byłem, jak nowo narodzony! Chyba fluidy Babiej Góry dodały mi sił, ba one się je jeszcze zwiększyły! Szybkie zejście do Markowych Szczawin. W schronisku równie szybki napój i rzucenie okiem na drogowskazy. Oczywiście nie w celu sprawdzenia czegokolwiek, ale tak z przyzwyczajenia. I nagle doznaliśmy szoku. Odkryliśmy błąd. Czas widniejący na drogowskazie różnił się od przewodnikowego! Błąd wynosił ponad godzinę i to na naszą niekorzyść!. Zdążymy, czy nie zdążymy na ostatni pociąg do Huciska? Rezygnujemy z przejścia zaplanowanej trasy, schodzimy do Zawoi i koniec na dzisiaj, czy też ryzykujemy i narzucamy ostre tempo i być może zdążymy na czas do Huciska. Na szczęście zwyciężyła druga opcja, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że będziemy musieli ostro zapieprzać w upale i bez odpoczynków, a i tak nie będziemy mieć pewności, czy uda się zdążyć na czas. Ale, co tam, jak szaleć to szaleć! Gnamy! Moje odrodzone siły nakazały na początku prowadzić, czyli dyktować ostre tempo grupki. Co było po drodze? Nie wiem i nie pamiętam. Po pewnym czasie zachowywaliśmy się, jak kolarze w ucieczce. Zmienialiśmy się na prowadzeniu, by dać chwilę wytchnienia schodzącemu z czoła. Tempo, upał i leśna duchota biczowały nas strumieniami potu. Dziesiątki Dunajców wartkim nurtem spływały w dół klejąc do ciał koszule, spodnie i inne części „wyposażenia”. Słone bryzy zalewały oczy, a moje pokręcone włosy metodycznie prostowała mokra sól. Nie zawracaliśmy na to zbytniej uwagi, bo w głowie pulsowało tylko jedno słowo: szybciej, szybciej, szybciej. Zapieprzając z tak ciężkimi plecakami zdawało się, jakby czas płynął szybciej niż to ma w zwyczaju. Taka jego złośliwość. W bezwietrznej ciszy lasu gdzieś chyba w okolicach Przełęczy Klekociny, jak budzik zabrzmiał zmęczony głos: chłopaki chwilka przerwy, nogi nie chcą iść. W pierwszej chwili pomyślałem, że ja to powiedziałem, a to były słowa Andrzeja. Zdziwienie. Andrzej zmęczony? Niemożliwe. Myślę, a właściwie jestem przekonany, że zatrzymał nas bardziej w naszym niż swoim imieniu. Odezwało się jego duże doświadczenie. Szybki łyk termosowej kawy, jak zwykle na stojąco, coś zjadliwo energetycznego do ręki i dalej do Huciska. Teraz pod górkę do Czerniawy Suchej, a później już tylko w dół i w dół, czyli teoretycznie powinno być już „z górki” (jak ja nie lubię schodzić). To „z górki” było o wiele gorsze niż pod górkę, ale i tak ponownie przyspieszyliśmy. Zakwaszone mięśnie przy schodzeniu drżały, a każdy szybki krok niósł ryzyko uśliźnięcia się i upadku. Gdyby nogami podnosiło się kieliszek to na pewno wszystko by się wychlapało. Ale, co tam. Za chwilę skończy się to upierdliwe zejście i wyjdziemy na coś płaskiego.
Wyszliśmy z zacienionego lasu i w tym samym momencie zderzyliśmy się z asfaltem wioski Cicha, którą słońce postanowiło piec, jak kiełbaskę na grillu. Spragnione języki szorowały po asfalcie działając niczym hamulec w rowerze. Szalone słońce, coraz cięższy plecak, ogłupiałe nogi zakładające pętlę na głowę zawarły trójprzymierze mogące nas powalić na środku czarnej drogi. W odsłoniętym terenie szliśmy, jak na skazanie. Mogliśmy się poddać, zostać tu i czekać na zbawienie. Spojrzeliśmy tylko na siebie, a otaczająca nas senno-niedzielna cisza wioski nic nie podpowiadała i nie chciała pomóc. Wokół nie było żywej duszy, czyli tubylców, którzy powiedzieliby, jak daleko do stacji, a taka informacja na pewno dodałoby sił przed ostatnim zrywem. Po kilku, a może kilkunastu minutach (czas nadal był złośliwy) spotkaliśmy dwóch chłopców i już mieliśmy zapytać, jak daleko do stacji, a tu niespodziewanie wyrwało mi się pytanie: chłopcy, czy jest tu gdzieś jakiś bar z piwem? Zapytałem, ale nie miałem żadnej nadziei na pozytywną odpowiedź. Ale jeśli, pomyślałem, mam zejść z tego świata i mieć żal do siebie, że o to nie spytałem… I stał się cud cudów!
– Tak, jakieś pięć minut stąd przy drodze jest bar z piwem – odpowiedzieli. Podziękowaliśmy, a przynajmniej tak nam się zdawało, po czym zerwaliśmy się do biegu, jak młode źróbki. Zmęczenie samo zapomniało o sobie, co pozwoliło nam pogalopować, a właściwie szybko frunąć w kierunku wskazanym przez chłopców. W tym locie oczami wyobraźni widzieliśmy, jak lądujemy przy ladzie, a tam nie ma kolejki, a barman błyskawicznie nalewa nam po dwa piwa na łeb. W naszej wizji pierwsze wypijamy błyskawicznie bez odrywania ust od kufla tak, aby ciało i język wyschnięty na wiór mogły wchłonąć płyn niczym gąbka. Drugie wypijamy o sekundę wolniej, by wszystkie członki mogły się odprężyć i poczuć moc. Przez cały czas przelotu do baru czuliśmy na ustach i kubkach smakowych mokry smak chmielowej zupy będącej „lekiem na całe zło”. Już w drzwiach zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. Przed nami w kolejce po piwo stoi pięć osób w tym trzy z dwulitrowymi bańkami. W mordę jeża!!! Czekamy pijemy, czy idziemy na stację? Idziemy na stację smutni, jak odrzucone dzieci, czy czekamy i pijemy kuflowe? W ciągu kilku sekund przeleciało ileś kombinacji decyzji, analiz ryzyk, a także hipotez. Co wybrać, co wybrać, co wybrać tłukło się po głowie. Chcemy zdążyć na pociąg, a jednocześnie wchłonąć odpowiednią ilość boskiego płynu. Czy to możliwe? Czy to możliwe?! I cud znowu nam się przydarzył. Jeden z tubylców zrezygnował z napełnienia bańki, a więc automatycznie zwiększyły się nasze szanse. Z uwagi na długi czas napełniania zrezygnowaliśmy z kuflowego. Szybko kupiliśmy po jednym butelkowym (niestety ciepłe) i biegiem na dworzec. W trakcie galopu otwieraliśmy butelki i wypijaliśmy ich zawartość, martwiąc się jedynie, czy szkło jest na tyle mocne, żeby wytrzymać wielką siłę naszego ssania. Wraz z ostatnim łykiem wbiegliśmy na peron. Skok do pociągu i już nie czuliśmy zmęczenia. Przepełniała nas radocha z tego, co się wydarzyło!
Wiedziałem, że ten szlak  długo będę pamiętał.

4 myśli na temat “BABIA GÓRA I

    1. Najważniejsza jest odpowiednia paczka i przewodnik. Wysuszone gardła odebrały złocisty płyn, jak napój życia. A smak ówczesnego napoju bogów był lepszy niż wiele dzisiejszych około piwnych.
      A tak przy okazji powiem Ci, że czeka na swój opis Popradské Pleso i spacerek po śniegu.

  1. Świetny opis wyprawy Babiogórskiej. Czytałam z ciekawością jak dobrą książkę, i zastanawiałam się co będzie dakej. Mnie się podobało

    1. Cieszę się, że tekst zaciekawił Cię,a do tego jeszcze się podobał! Miło czytać takie opinie.
      Po Worku Bieszczadzkim i Babiej Górze wezmę się chyba za opis wypadu na Polski Grzebień.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz