Baza

Bazą dla całej naszej wycieczki była mała miejscowość Nowa Leśna (Nová Lesná). Naszą paczkową grupkę ulokowano w domku wynajmowanym od przemiłych Słowaków. Tam też była nasza „rejonowa” mini baza. W ujęciu mentalnym była to nasza wielka pogodna baza ludzi pozytywnie zakręconych. Była ona dla nas miejscem, w którym nie tylko się śpi, by rano ponownie wyjść w góry, a wieczorem się wrócić. Baza nie była wyłącznie przytulnym ciepłem z łóżkiem wewnątrz ani też kuchnią dająca nam jeść i prysznicem zmywającym spocony kurz całego dnia. Na pewno nie była też sterylnym pokojem hotelowym pozbawionym duszy. Czym, więc była ta nasza baza? Było w niej mało przestrzeni gdzie smutki, mogłyby się zagnieździć, a jej ogromna otwartość na ludzkie radości wypełniała serca i mentalne terytorium. Moja baza to ludzie, atmosfera, szczere rozmowy, wspólne tworzenie i jedzenie posiłków, radość przebywania z innymi, wygłupy, żarty, śmiech i jeszcze, jeszcze więcej. Baza to punkt, do którego chcesz wracać, nie opuszczając gór. Baza to magnes przyciągający wszystkie osoby tworzące jej klimat. Baza to stół, przy którym uwielbiamy marzyć, planować, wspominać szlaki i zdarzenia, śpiewać i patrzeć na swoje promieniujące szczęściem twarze. Właśnie dla tych głównych dań przychodzimy do bazy, przynosząc różne przystawki z naszych charakterów. W takiej bazie i w naszych głowach stół nasz zawsze był okrągły. Czasem przybierał formę ściętego drzewa leżącego na pachnącej trawie, a innym razem był twardym i mokrym kamieniem, albo deskami ławy lub namiotem bez hotelowych wygód. Bazę, chociaż jest czymś ulokowanym w świecie materialnym, my swoją obecnością wypełniamy czymś mistycznym, tworząc z niej nasz turystyczny raj.

W naszym domku zebrała się paczka będąca mieszanką wieku, górskiego doświadczenia, płci, charakterów i wielu innych rzeczy. Byliśmy jak różne nuty na pięciolinii zbudowanej z miłości do gór, poczucia humoru, wytrwałości i chęci przebywania ze sobą. Każdy dzień był swoistą symfonią stworzoną na podstawie tego, co nam w duszach grało. W takiej grupie nawet ściany są z twojego towarzystwa, okna twoimi oczami, a kuchnia lub inne ognisko jest najwspanialszą knajpką pod słońcem.

Przypadł nam pokój na piętrze. Pokój, a w nim łóżka, okna, światło i my, czyli Andrzej, Jacek, Stefan i ja. Dobry zespół. Żadnego smutasa! Da się żyć! Toaleta też była w porządku, a jej największym walorem było okno skierowane na Tatry. Tak, można się było skupić wspaniale. Jadalnia w piwnicy była zbyt duża jak na nasze potrzeby. Mogła pomieścić całą naszą wycieczkową grupę, co parokrotnie zostało wykorzystane na spotkania ogólnogrupowe.

Poranki były podobne do poranków w wielu poprzednich bazach. Toaleta, śniadanie na teraz, śniadanko na szlak, pakowanie plecaków, kawa, herbata, a w tak zwanym międzyczasie rozmowy, żarty, śmiechy i… w drogę. A droga poranna zawsze była jedna – z domku na stację elektriczki (Tatranské elektrické železnice – električka). Nasz ulubiony środek lokomocji wiózł nas do jakiejś stacji, a stamtąd w góry. Na elektriczkę przychodziliśmy przeważnie na czas albo na tak zwany styk. Zdarzyło się jednak ze dwa razy biec z plecakami, aby zdążyć przed jej odjazdem. Może to dziwne, ale w drodze ze stacji do bazy nigdy nam się tak bardzo nie spieszyło. Spacerek do pokoju zawsze był spokojny, a rzekłbym nawet dostojny. Każdy krok, jak słowo w mowie obrońcy, był przemyślany, aby uniknąć potknięcia skazującego nas na upadek. Niezorientowani mówili, że to wynik dużego zmęczenia. My jednak wiedzieliśmy, że nie je to tak, jak mawiali Słowacy. Ta siła spokoju w każdym ruchu wynikała z przesycenia naszych mięśni wspomnieniami ze szlaku i chęcią powrotu. Nikt nie narzekał, a wręcz odwrotnie. Uśmiechnięte twarze spalone słońcem i wiatrem wypełnione włosy potwierdzały nasze prawdy. To było cudowne uczucie! Warto było! Warto będzie także jutro i pojutrze.

A wieczorem tyle się działo w naszej małej bazie, czyli bazuni, że szkoda było spać. Kawa, opowiadania szlakowe, śmiechy, tubylcze piwo i…nie wiadomo kiedy północ nas zastała. Kładliśmy się późno i bardziej z przymusu niż z senności wtulaliśmy się w poduszki. Spaliśmy krótko i intensywnie, czyli miejsce w miejsce, by rano znowu być w formie i jak zwykle wszystko robić biegusiem. Czas rankiem biegnie o wiele szybciej niż w pozostałej części dnia, więc trzeba było w nim umieścić wszelkie niezbędne czynności. Najciekawsze było to, że my faceci wszystkie czynności poranne robiliśmy sprawnie i w czasie. Natomiast nasze koleżanki przeważnie, a właściwie zawsze, robiły wszystko na styk. Dlaczego tak było? Męska teoria, jako głównego winowajcę wskazywała lustro, będące podstawowym pożeraczem porannego czasu kobiecego. Koleżanki natomiast mówiły coś zgoła innego. Ich najprawdziwsza z prawd wszelkich, mówiła coś o bardzo dokładnym planowaniu. Kobiety, jak codziennie koleżanki powtarzały, nie marnują porannego czasu tak, jak my. Taki facet, jak twierdziły, obudzi się, stanie na środku pokoju ziewając bez końca, drapie się długo po głowie i nie tylko, patrząc długo i bezcelowo w bliżej nieokreślony punkt. Robi też inne bezcelowe rzeczy, jakby szukał wczorajszego dnia albo innych skarpetek mających moc znikania nie wiadomo gdzie. Dodatkowo przekonywały, że one bardzo dokładnie planują czas pomiędzy wstawaniem a wyjściem na stację, ponieważ chcą go do maksimum wypełnić czynnościami wyłącznie niezbędnymi. A lustro? Lustro jest dla nich ekranem-oazą spokoju i wyciszenia, które przypływają w trakcie bezgłośnej rozmowy z mądrą osobą będąca po drugiej stronie. Trudno z nimi o tym dyskutować i tak zawsze staliśmy na straconej pozycji. Cóż, każdy swoje prawdy ma i już. A tak naprawdę my, czyli męska część paczki, codziennie rano otwieraliśmy oczy, wstawaliśmy i na wpół śpiąco szliśmy do toalety, by „spełnić swój obowiązek”. I w tym miejscu, i w tym czasie następowało głębokie przebudzenie. Metoda wstrząsowo-toaletowa natychmiast stawiał nas na nogi. Ktoś sprytny zainstalował ubikację tuż pod niskim skośnym sufitem. Nie było poranka, aby ktoś z naszego pokoju nie walnął głową w ten skos i to tuż przed poranną i wymaganą czynnością fizjologiczną. Dał się wtedy słyszeć mały, miękki huk i również małe, miękkie i ciche przekle… no powiedzmy niezadowolenie. Taką złość natychmiast łagodził, a nawet w radość zamieniał, widok na Sławkowski Szczyt (taka mała radość o poranku). Trzeba przyznać, że to wstrząsowe wybudzenie dawało nam porannego kopa i nic nas już nie było w stanie zaskoczyć.

Ktoś kiedyś powiedział, że baza jest miejscem, w którym coś się zaczyna i coś się kończy. Ja tak nie myślę. Dla mnie w bazie zawsze coś się tylko rozpoczyna. Zaczyna się planowanie na jutro, zaczyna się wiele początków przyszłych wypraw, zaczynają się wspomnienia, zaczynają się przyjaźnie i zaczyna się wyjście na szlak. À propos wyjścia na szlak. Wieczorkiem któregoś dnia górskiego w naszej małej grupce zaplanowaliśmy sobie taki pozagórski szlaczek. Jego realizacja wymagała jednak wcześniejszego niż zwykle wyjścia z bazy tak, aby zdążyć na wczesną elektriczkę. Rano jeszcze przed czasem wyszliśmy na ścieżkę prowadzącą do stacji. Chcieliśmy sobie tak na spokojnie iść i podziwiać Tatry. Luzik. Idziemy powoli z nogi na nogę. Nie spieszymy się. Wackowi dajemy przez to czas na dogonienie nas (nie mógł wyjść razem z nami, bo coś go w pokoju zatrzymało). Idziemy całkiem spokojnie, jakbyśmy pili trzecią kawę. Dochodzimy do fusów, to znaczy do stacji, a Wacka nie ma. Za chwilę elektriczaka będzie wjeżdżała, a Wacka nie widać! Jedziemy bez niego? Jak nie wsiądziemy do elektriczki to nie zdążymy na autobus do Liptowskiego Mikulasza. Jedziemy? Nie, nie jedziemy bez Wacka. Pojedziemy następną, a później jakoś sobie poradzimy, czyli będziemy improwizować. Jeszcze jedno spojrzenie na ścieżkę z nadzieją… i jest, jest Wacek, biegnący Wacek. Plecak na nim podskakiwał niczym garb na wielbłądzie. Czerwony przewodnicki sweter chyba ze zmęczenia przybrał kolor mocno, mocno bordowy i zarażał nim twarz. Tylko broda swoje barwy zachowała, podobnie zresztą, jak szalejące na głowie mokre włosy. Chęć zdążenia na elektriczkę mocno pchała Wacka w naszym kierunku. Patrzyliśmy na jego zmagania z czasem, zmęczeniem i rozbujanym plecakiem. Zdąży? Nie, nie ma prawa. A może jednak. Nie, nie ma szans. Zza zakrętu wyjechała elektriczka. Patrzymy na nią i na Wacka porównując szybkość torowego węża z galopem Wacka. Wszystko na to wskazywało, że ten wąż będzie szybszy. Wjeżdża na stację, zatrzymuje się, drzwi otwiera. Zaprasza nas do środka. Wackowi na ten widok włączyło się turbodoładowanie. Popatrzyliśmy na siebie i… nasz wzrok z zawadiackim uśmiechem zdawał się mówić: ma szansę, jak mu pomożemy. Co prawda nie mogliśmy biec za niego, ale możemy spróbować opóźnić odjazd pociągu. Bazowa paczka wszystko dla Wacka zrobi. W tym duchu wchodziliśmy do przedziału tak wolno, że prawdopodobnie ślimak by nas wyprzedził. Po chwili na twarzy stojącego w drzwiach konduktora pojawiło się, delikatnie rzecz ujmując, zniecierpliwienie. Nie mogliśmy dopuścić do dużego zdenerwowani, więc gwałtownie i równocześnie przyspieszyliśmy ze Stefanem wchodzenie. Dzięki temu zabiegowi udało nam się zablokować w drzwiach. Plecaki lekko się spięły, chwila szamotaniny, kłopotliwe rozdzielanie plecaków (a sekundy lecą) i przepraszający uśmiech skierowany w stronę konduktora. Jakoś udało nam się wejść do środka. Nagle powstało zamieszanie i błaganie konduktora, aby poczekał jeszcze chwilę, bo koleżanka zostawiła na peronie torebkę ze śniadaniem. Nie czekając jego pozwolenie, Bogusia błyskawicznie wysiadła, a tylko po to, by jeszcze wolniej wchodzić ze śniadankiem do przedziału. A tu jeszcze but na schodkach się rozwiązał, więc sznurowała go bardzo dokładnie (sekundy lecą, a Wacek coraz bliżej). Jacek, widząc problemy Bogusi, wysiadł i z pełną kulturą i równie wielkim szacunkiem pomógł jej w tej operacji. Wacek miał już naprawdę blisko. Słychać było jego przyspieszony oddech. Odczuwalne było także delikatne drżenie ziemi przy każdym jego stąpnięciu. Konduktor nie wytrzymywał już tych naszych kombinacji. Widać było, że nerwy mu puszczały i już chciał dać znak odjazdu, gdy nagle w akcie rozpaczy krzyknąłem:

– Prezesie! Prezesie, szybciej! Rusz to swoje dupsko!

I to był strzał w dziesiątkę! Konduktor nagle zmienił twarz i jak mim zawodowy zrzucił maskę zdenerwowania, a na jej miejsce nałożył służbową z makijażem powagi. Wyprostował się, poprawił marynarkę, cierpliwie popatrzył w stronę galopującego „Prezesa”. A gdy już jego drżące ze zmęczenia nogi stanęły na pokładzie, pan konduktor z wielkim namaszczeniem dał znak do odjazdu. Wacek kiwnął kilka razy głową w jego stronę, dziękując mu za cierpliwość. Nie mógł podziękować inaczej. Płuca zajęte łapaniem powietrza nie pozwoliły kratami na słowne zabawy dziękczynne. Konduktor zrozumiał, uśmiechnął się i delikatnie skinął głową w stronę „Prezesa”. Popatrzył także na nas, pokręcił głową z uznaniem, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Odchodząc, jeszcze raz głową pokręcił, obejrzał się, a koleżanka mrugnęła do niego okiem. Jego uśmiech zrobił się jeszcze większy i cieplejszy. Patrząc na niego, szepnęliśmy mu wzrokiem wielkie: DZIĘKUJEMY. W podobny sposób, ale już w wersji głosowej, przeprosiliśmy pasażerów w naszym przedziale. Ich uśmiechnięte twarze wydawały się mówić: nic się nie stało, fajnie było na to popatrzeć. Wspaniali ludzie. Zmęczenie wcisnęło, a właściwie wessało Wacka w plastikowy fotelik. Kobieta siedząca naprzeciwko patrzyła na niego z podziwem. Z torebki wyciągnęła torebeczkę z cukierkami i poczęstowała naszego „Prezesa”. To się nazywa pomoc! Wacek włożył do buzi ożywczego cukierka i prawie natychmiast odzyskał normalny oddech.

– Dziękuję Pani – powiedział spokojnie, a zwracając się do nas, zapytał – jak to zrobiliście.

– Paczka cię uratowała, a szczegóły opowiemy przy piwie – odpowiedział Stefan.

– Ta bazowa – ktoś jeszcze dopowiedział

Nic dodać, nic ująć. Można rzec: prawda czasu, prawda ekranu.

BAZA TO NIE DACH NAD GŁOWĄ. BAZA TO GRUPA LUDZI Z PASJĄ I EMPATIĄ! BAZA TO LUDZIE UMIEJĄCY ŚMIAĆ SIĘ Z SIEBIE, A GDY ZAJDZIE POTRZEBA, PODADZĄ CI RĘKĘ I TO NIEJEDNĄ. Przekonałem się o tym wielokrotnie w następnych latach.
Następny rozdzialik będzie chyba po wakacjach.

Dodaj komentarz