Dzień pierwszy

W ciągu dziesięciu dni, jakie spędziliśmy w Słowacji, działo się wiele. Niestety nie wszystko w pamięci pozostało. Dlaczego? Widać pamięć w swoich magazynkach zapisuje tylko te rzeczy, które jej zdaniem warte są zapisu. Nigdy chyba nie zrozumiemy, dlaczego jedne wspomnienia wstawiła na dostępną półkę, a inne wepchnęła do pudeł i za szafę wcisnęła. W innym miejscu naszej biblioteki wspomnienia spakowała tak, że gdy chcemy je z dysku uruchomić to rozpakowujące się pliki zdarzeń, nachodzą na siebie. Przemieszanie bywa tak duże, że dokładnie nie wiadomo, czy coś zdarzyło się w jednym dniu, czy też miało miejsce w innych dniach. Dla mnie nie jest to aż tak bardzo, bardzo ważne, ponieważ nie piszę szczegółowej kroniki, lecz opisuję atmosferę, pasję oraz ludzi chcących przebywać ze sobą. Ludzi przeżywających wspólnie każdy dzień wraz z Tatrami. Pewnie, gdybym popytał koleżanki i kolegów zebrałbym masę szczegółów i dałoby się zapisać w sposób chronologiczny całą wyprawę. Wydaje mi się, a nawet jestem przekonany, że byłoby to nudne. Czytając te wspomnienia, nie macie innego wyjścia, jak tylko zgodzić się z moją wolą opisywania wszystkiego po swojemu.

Pierwszy dzień na słowackich szlakach podobnie jak wszystko, co pierwszy raz zapada w pamięci najdłużej. Przewodnicy tatrzańscy chyba tak dla poznania z kim mają do czynienia, wzięli nas w pierwszym dniu na szlak bez tak zwanych wyryp. Wstępnie szlak ustalono z Tatrzańskiej Łomnicy do Zelenego Plesa i z powrotem. Przypuszczam, że ten szlaczek miał dać przewodnikom odpowiedź na pytanie, jak prowincjonalni turyści wytrzymają chodzenie po Tatrach. Dopiero po tym dniu mogli wiedzieć, czy w następnych rzucić nas na trudniejsze szlaki, czy też deptać z nami łatwiznę.

W tym dniu nie zastanawiałem się nad tym. Dla mnie w tym czasie wszystko było niespodzianką i wszystko było ekscytujące. Pierwszy wyjazd za granicę, pierwszy do Czechosłowacji i pierwszy raz w Słowackich Tatrach. Dzisiaj takie coś brzmi śmiesznie, ale w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku to było coś. Było się z czego cieszyć i było co przeżywać. A wracając do szlaku, to można rzec, że był spokojny. Ot taki mały rozruch. Paręset metrów przewyższenia, tempo takie sobie, a rozmowy spoglądających na ośnieżonych szczyty nadawały całości nutki wzniosłości. Pewnie w tych rozmowach przewijały się również wspomnienie ze szlaków po polskiej stronie Tatr. Kamienna ścieżka, po której poruszaliśmy się, jak wielonożna gąsienica, wiła się w Dolinie Zimnej Wody, otoczonej biało-zimnymi szczytami. Wiatr niosący różne dźwięki i zapachy pozwalał nam dotknąć je zmysłami i wraz z nimi wtopić się we wszechobecne piękno. Towarzyszący szlakowi potok z kaskadowym szumem tworzył wspaniałe tło dźwiękowe dla przesuwających się krokowo obrazów. Potokowy szept był czymś w rodzaju filmowej muzyki wzmacniającej obrazy wnikające w nasze zmysły i ciała. Zanurzeni w tych dźwiękach i obrazach dotarliśmy do Brnčalovu chatu (obecnie Chata pri Zelenom plese). Pogoda zaczęła się psuć powoli. Pojawiło się trochę szarych chmur nad nami, ale nie miało to żadnego wpływu na pogodę naszego ducha. Stanęliśmy nad brzegiem stawu i podziwialiśmy jego niesamowity kolor. Zielono szmaragdowa woda bawiła się z wiatrem w tworzenie łusek na stawowej tafli. Kamienny brzeg rozbijał te łuski, chliptając przy tym z radości. W zmarszczonym mokrym lustrze przeglądały się szczyty przytulone do schroniska. Warto było przyjść tutaj by popatrzeć, jak szczyty nurzają się w wodzie. Taką widokówką zapraszały do siebie. Naturalny mokry obraz był czymś więcej niż tylko wspomnienie i zaproszenie jednocześnie. Patrzyłem na taflę jeziora, patrzyłem na góry, aż szepnąłem do siebie: oj jakby się chciało wejść na nie. Taka myśl pewnie wszystkim w głowie zakiełkowała. Radość z widoku dodatkowo osłoneczniła propozycja jednego z przewodników.

– Jeżeli są chętni na małą wyrypkę, to moglibyśmy pójść w stronę Sławkowskiego.

Ostra dwunastka zapaliła się do tej propozycji i prawie natychmiast ruszyliśmy w górę za przewodnikiem. Kamienista ścieżka zmieniła się na podejściu w śnieżny dywan ze zmarzniętym włosem. Tempo było dobre, czyli ostre. W oczach przewodnika można było zauważyć pozytywne zdziwienie naszym tempem i wytrzymałością. Szczególne uznanie zyskały w jego oczach dziewczyny nieodstające od grupki. Szliśmy ostro gęsiego, aż Veľká Svišťovka pozwoliła nam odpocząć na swojej przełęczy. Chwila oddechu i w dół. Większość naszej paczki wybrała tradycyjny sposób schodzenia, czyli na nogach. Natomiast mała grupka fragment zejścia pokonała ślizgiem, czyli na czterech literach. Patrząc na kolejnych zjeżdżających kolegów, pomyślałem sobie o dzieciństwie i ironicznie powiedziałem do oczekujących na zjazd:

– Chyba prawdą jest, że facet to tak naprawdę tylko duży chłopiec.

– Prawdę mówisz — na wpół poważnie, powiedziała Bogusia, przymierzając się do zjazdu i … pojechała za chłopakami.

Patrzyłem, jak zjeżdżali i jak umiejętnie sterowali rękami i nogami. Taki zjazd to frajda niesamowita! Na drobnym wypłaszczeniu zatrzymali się, czekając na resztę naszej grupki schodzącej normalnie, czyli tak, jak Pan Bóg przykazał. Na twarzach zjazdowców malowało się zapomniane już uczucie – dziecięca radość zjeżdżania z górki na czterech literach.

– No dość zachwytów, tupiemy w kierunku Hrebienioka. Po drodze przywita nas Nálepkova chata — tymi słowami przewodnik wyrwał nas z krainy dzieciństwa.

Zakładaliśmy, że „mykniemy” szybko ten szlaczek i tak też się stało. Na Hrebienioku chwila oddechu w kolejce po bilety. Skok do wagonika i szybko w dół, by załapać się na jakieś niedzielne piwo przed kolacją na kwaterach. Pośpiech naprawdę był wskazany. Musieliśmy zdążyć przed zamknięciem barów i restauracji. Wiem, że dzisiaj to brzmi śmiesznie, ale w ówczesnej Czechosłowacji niedziela to była niedziela, więc Starý Smokovec zamykał swoje restauracje w określonych godzinach (dla nas oczywiście zbyt wczesnych). Później pozostawała już tylko śmierć z pragnienia.

Dodaj komentarz