GERLACHOWSKA DZIURKA

Gerlach półek ma wiele, a szczelin, dziur i dziurek też znajdziemy dużo. Na te ostatnie nie zwracamy zbytniej uwagi, a już na pewno żadnej z nich nie pamiętamy. Mnie jednak zapadła w pamięci jedna śmieszna sytuacja związana z małym zagłębieniem zwanym dziurką. I to właśnie o niej będzie ta anegdota.

Spięci liną (taka wolność ograniczona) schodziliśmy z Gerlacha. Ostrzegaliśmy się przed gładkim i śliskim głazem, wąską półką lub zbytnio napiętą liną. Zdarzało się także zwrócenie naszej uwagi na zajefajną ekspozycję. Połączeni liną jak pępowiną tworzyliśmy swego rodzaju jeden organizm i pewnie dlatego wszyscy żartowaliśmy sobie tak ogólnie, a głównie z samych siebie. Zejście zejściem, ekspozycje ekspozycjami, uwaga uwagą, ryzyko ryzykiem, ale nie ma żadnego powodu do schodzenia w systemie napiętego smutasa! Ręka, noga, chwyt, podparcie, luz na linie i luz w naszych głowach. W pewnym momencie na mocno nachylonej ścianie trafiliśmy na półeczkę, pod którą „mieszkało” małe zagłębienie na kawałek buta. Dzięki temu noga z przyczepioną do niej resztą ciała mogły uzyskać pewne podparcie. Ręce mogły się swobodnie przekładać, a po tym to już pewnie i spokojnie można było zrobić parę kroków w dół. Przewodnik jako pierwszy na linie po „zrobieniu” półki i dziurki do schodzącego po nim powiedział coś w stylu:

– Vložte topánku do otvoru pod kamennou poličkou– a później dodał – povedzte ďalšiemu.

Zrozumieliśmy, że mamy włożyć buta w dziurkę i przekazać to następnemu. Sygnał był prosty, każdy ma przekazać: namacaj dziurkę.

Po minięciu półki, zachowując luz na linie, przesuwaliśmy się kolejno nieco niżej. Nogi i palce musiały wyszukać jakiś uchwyt oraz podparcie pozwalające zatrzymać się na chwilę. Było to konieczne, aby pokonujący lub pokonująca w tym czasie półkę mogli to zrobić bezpiecznie i bez pośpiechu. Po chwilce przesuwaliśmy się w dół i znowu powtórka z oczekiwania. W niektórych miejscach palce musiały się „wbić” solidnie w zagłębienia skał, aby utrzymać masę właściciela. Przede mną schodził Jacek i oczywiście napomknął coś o dziurce. Wdepnąłem w nią, przełożyłem ręce, troszkę się odchyliłem i zszedłem parę metrów niżej. Po mnie schodziła Bogusia. Przypomniałem jej o dziurce.

– Wiem, wiem. Słyszałam – odpowiedziała.

W jej głosie była pewność, ale gdzieś w dalekim echu dało się słyszeć coś pachnącego leciutką obawą. Stanęła na półce, ale chyba trochę źle się ustawiła. Jej noga nie mogła tak od razu namacać tej dziurki. Mimo paru prób jakoś nie udawało się w nią trafić. Będąc poniżej, podpowiadałem gdzie przesunąć i postawić nogę. Próbowała, próbowała, a my wczepieni w skałę całkiem spokojnie czekaliśmy, aż się z tą półeczką upora. Aż tu nagle nasza zdenerwowana koleżanka krzyknęła:

– No kurde gdzie mam tę dziurkę!

Wisząc pod nią, rzekłem spokojnie:

– No wiesz co, ja mam ci mówić, gdzie masz dziurkę?

Chłopaki będący poniżej w lot żart złapali. Natychmiast na ścianie wybuchnął śmiech, a właściwie męski rechot. I to właśnie on był powodem tego, że nasze ręce zaczęły tracić siłę, a nogi drżały niebezpiecznie. Zaczynało robić się nieciekawie. Można powiedzieć, że powoluteńku traciliśmy przyczepność. Ktoś w końcu przemógł śmiech i wydusił z siebie:

– Bogusia, dasz rady.

Mimo spięcia koleżanka zaśmiała się i prawdopodobnie to pozwoliło jej na idealne trafienie w dziurkę. Była szczęśliwa i wyluzowana. Ktoś jeszcze dodał żartem:

– Chwała Ci Pani.

I znowu śmiech.

W późniejszym czasie gdy spotykaliśmy się przy ogniskach lub w schroniskach wspominaliśmy nieraz to nasze wejście na Gerlach. Automatycznie włączał nam się śpiew: „Są na świecie dziurki różne…”

Dodaj komentarz