Kuria

Szlakowa dwunastka wysypała się z wagoników i natychmiast rzuciła się w miasto. Naszym celem głównym było znalezienie jakieś oazy, gdzie moglibyśmy ugasić pragnienie i ukoić zmęczonego ducha. W przełykach występowała już tak rozległa susza, że tylko kufel wybornego piwa mógł ją ugasić.

– Zaprawdę powiadam Wam, że kto szuka ten znajdzie – przemówił Stefan tak dla ożywienia tegoż ducha.

I uwierzyliśmy mu. W chwilkę później stanęliśmy przed drzwiami restauracji Kuria. Czuliśmy się tak, jakbyśmy stanęli przed bramą ocalenia. Teraz tylko nacisnąć klamkę, a drzwi same się otworzą. Niestety nic takiego się nie stało. Było może kwadrans przed niedzielną siedemnastą zero zero, czyli tuż przed godziną zamknięcia. Może dlatego drzwi nas zlekceważyły? Umierające kubki smakowe, zwiędnięte języki i gardła wysuszone bezgłośnie zawyły z pragnienia i rozpaczy. Czyjaś ręka kierowana tą właśnie rozpaczą uniosła się, poszukując zbawienia. Dłoń w pięść się zwinęła i rytmicznie w drzwi zapukała. Stukanie w rytmie nadziei, która ostatnia umiera, miało być hasłem otwierającym drzwi naszego sezamu. Cisza. Cisza oczekiwania ciągnąca się o wiele dłużej niż sekundy odmierzane zegarkami. I jeszcze raz rytmicznym hasłem w drzwi zastukano. Nagle zachrobotało coś w zamku i drzwi się uchyliły, a w nich pojawił się kelner ze znudzoną miną. Popatrzył na nas i rzucił w naszą stronę słowo równie znudzone:

– Zatvorené.

Nogi pod nami się ugięły. Poczuliśmy się jak odrzucone dzieci, którym odebrano ulubioną Przytulankę.

– O tej porze? – zapytał ktoś zdziwiony.

– Reštaurácia je zatvorená – powiedział człek w drzwiach stojący.

Te słowa dobiły nas całkowicie. Czyżby klamka zapadła? – pomyślałem. Popatrzyłem mu w oczy, jak błagający o wodę na pustyni. Moje głosowe struny prawie już bez nadziei wydały ostatnie tchnienie:

– Panie, ale my tylko na piwo.

– Pivo? Jedno pivo? – zapytał.

– Áno pivo. Veľa pív!– rzucił ktoś z tyłu grupy i chyba to był Słowak.

Tak brzmiały magiczne słowa!!! Na ich dźwięk drzwi na oścież się otworzyły! A za nimi cudowna przestrzeń się otworzyła. Stoły i ławy wręcz zapraszały do wejścia (kelner trochę mniej). Wpłynęliśmy w tę piwną oazę. Oczy kilku Słowaków siedzących przy stole, zdawały się mówić:

siadajcie z nami, będzie zabawa.

Nie znaliśmy języka słowackiego, ale w lot zrozumieliśmy to zaproszenie. Dziesięciu spragnionych natychmiast zasiadło do pierwszego lepszego stołu. Ja wraz z Andrzejem natychmiast ruszyliśmy za kelnerem w stronę lady. Ku naszemu zdziwieniu kelner szybko uwinął się z napełnianiem kufli, które natychmiast zanosiliśmy spragnionym. Rozdaliśmy już wszystkim kufle i … zobaczyliśmy, że nie zmieścimy się już przy polskim stole. Zauważyli to Słowacy siedzący obok przy stole słowackim i natychmiast zaprosili do siebie. Z małą nieśmiałością skorzystaliśmy z zaproszenia. Ludzie, co się dziać zaczęło. Oni mówili po słowacku, my po polsku i ogólnie rzecz biorąc, rozumieliśmy się. Gorzej było już w szczegółach. Rozmowa, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, rozpoczęła się od pytań, skąd jesteśmy, gdzie śpimy itp.

– V Poľsku sú pekné dievčatá – rozpoczął z innej beczki jeden ze Słowaków.

– Słowaczki też są bardzo ładne – odpowiedziałem z grzeczności, ale też zgodnie z prawdą.

Kolejny opowiadał, że kiedyś był w Krakowie i poznał tam fajną … dziwkę. Popatrzyliśmy na niego nieco zaskoczeni.

-Dziwka? – zapytałem zaskoczony.

-Divka – odpowiedział, a tak właściwie to poprawił moją wymowę.

Dodał także, że ona, czyli ta jego divka, to była frajerka. Byliśmy nieco zdziwieni. Bo z jednej strony zachwycał się dziwką i był dumny z tego, a z drugiej strony nazywał ją frajerką. Patrzyliśmy z bratem na niego wielkimi oczyma, w których delikatny uśmiech mieszał się z niezrozumieniem. Klown z najlepszego cyrku nie powstydziłby się naszych min. Słowacy zrozumieli nasze zakłopotanie i jeden z nich zapytał:

– Čo je dziwka?

W pierwszej chwili miałem mu odpowiedzieć: A skąd ja mam widzieć, co dziwka je na śniadanie, obiad, czy kolację. Zatrzymałem się jednak, ponieważ chyba nie o jedzenie mu chodziło. On chyba pytał, co oznacz polskie słowo dziwka.

– No wiesz – zacząłem niepewnie – u nas oznacza to, to, to… prawie kur…

– Qrrrwa? Słyszałem. – wtrącił inny z pytającym uśmiechem.

– Nie rozumiecie?

Pokręcili głową, potwierdzając moje pytanie, a ich wzrok popędzał mnie do szybkiej odpowiedzi.

– Czekajcie, czekajcie. Muszę w głowie poszukać..

– A šukať! – zabrzmiało, jakby zrozumiał to, że muszę poszukać jakiegoś innego słowa, a właściwie sposobu na jego wyjaśnienie.

Inny z uśmiechem i uznaniem pokiwał głową. Równocześnie wykonał dziwny ruch ręką. Wyglądało to jakby chciał pokazać nam pracę tłoka pompy parowej. Co jedno wspólnego miało z drugim, w tym momencie nie wiedziałem. Zrozumieliśmy natomiast, a tak naprawdę to tylko przypuszczaliśmy, że ta ich divka wcale nie jest tą naszą dziwką. Dotarło do nas i do nich chyba też, jak wielka przepaść w ocenie kobiet wystąpiła. Zaczęliśmy się śmiać z samych siebie i „niezgodności” naszych języków, a przy okazji połknęliśmy trochę złocistego płynu. Trwało to chwilę, aż pewnym momencie w kuflach pokazało się dno, co przyznam szczerze, bardzo nas zaskoczyło. Nie wiadomo skąd i dlaczego pojawił się przed nami drugi pełny kufel. Kurcze – pomyślałem – nawet nie zdążyliśmy zamówić, a tu kelner stał już przed nami. Albo Słowacy są tak gościnni — myślałem dalej — albo kelner w naszych myślach czytał. Stawiając kufle, rzekł lekko rozbawiony:

– Nech sa páči.

Zgodnie z jego sugestią popatrzyliśmy i podziękowaliśmy oczywiście. Łyk i jeszcze jeden pozwolił rozmawiać dalej. Po chwilowej przerwie jeden z naszych nowych słowackich kolegów dalej zaczął pytać o wyrazy z kobietą związane. Coś mówił, ale znowu nie wiedzieliśmy, o co mu dokładnie chodzi. W końcu położył na ławie rękę i palcem wskazał na obrączkę.

– A! Teraz to jasne – rozpoczął Andrzej – u nas kobieta z obrączką to mężatka.

Słowak popatrzył w sufit i obracał pod nim usłyszane słowo. Chyba złapał znaczenie, bo zaraz zdecydowanie pokręcił głową. Nie o to mu chyba chodziło.

Jeszcze raz położył na ławie dłoń z obrączką i wykonał kilkukrotny ruch, jakby chciał tę obrączkę ściągnąć.

– A! Chodzi mu o kobiety, które nie są mężatkami – zwrócił się Andrzej do mnie.

– Trzeba tak, było od razu – stwierdziłem i poklepałem po ramieniu najbliższego zadowolonego Słowaka.

Był pewien, że teraz to już na pewno wiemy, o co chodzi. Czekał tylko, aż powiemy, jak to w naszym języku brzmi. Już chciałem mu to powiedzieć, ale jego koledzy podnieśli kufle, więc my także. Stuknęliśmy się, co było swego rodzaju potwierdzeniem miłości naszych narodów. Parę łyków, trochę wspólnego poklepywania, uśmiechów, po czym Andrzej rzekł:

– U nas „niemężatka” – mówiąc to, powtórzył ruch Słowaka ściągającego obrączkę z palca serdecznego. Zawiesił głos na chwilę, jak ksiądz w trakcie kazania i mówił dalej – u nas o „niemężatce” mówi się panna.

Słowo „panna” nie za bardzo zgadzało się ze słowackimi oczekiwaniami, więc trzeba było się pośmiać i sączyć przez chwilkę piwko. To miał być taki swoisty przerywnik w naszej międzynarodowej dyskusji słowno-migowej.

– Kde je tvoje bydlisko – nagle zapytał mnie jeden ze Słowaków.

No masz, znowu zaczynają niezrozumiale. Niby podobne języki, a jak do szczegółów dojdzie to ni w ząb, nie idzie ich zrozumieć. O co mu chodziło z tym bydliskiem? Czy pytał o krowę, czy też o jakiegoś innego psa.

– Nie mamy żadnego bydła. Mieszkamy w mieście – powiedziałem.

Chyba zrozumiał. Pokiwał głową, a na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju niezrozumiałego dla nas uznania. Czyżby to, że mieszkaliśmy w mieście, było nobilitujące? Przez chwilę unosiło się powietrzu oczekiwanie na ciąg dalszy. Po chwili nasz Słowak, ten od obrączki, ponownie położył dłoń na ławę, wskazał na obrączkę i powiedział coś w rodzaju:

– Manželský

Odczytaliśmy to, jako małżeństwo. Łatwizna. Kiwnęliśmy głową na znak zrozumienie. Popatrzył na nas, przesunął obrączkę i zatrzymał ją pomiędzy zgięciami palca serdecznego. Palcem dobitnie wskazał na to miejsce i powiedział:

– Nevesta

Jest dobrze, pomyślałem. Chodzi mu pewnie o niewiastę, czyli kobietę niezamężną (chyba). Dla pewności odczytu wzrokowo skonsultowałem to z Andrzejem. I znowu kiwnęliśmy głowami. Słowak odebrał to, jako akty wysokiego zrozumienia i poszedł dalej. Ściągnął całkowicie obrączkę z palca, popatrzył nam w oczy i rzekł:

– Jednoposteľová

Leżeliśmy na deskach, a niewidoczny sędzia kończył odliczanie.

No masz! Teraz załatwił nas na amen. Nasze twarze ponownie przybrały wyraz niekumatego klowna, co wywołało u nich gwałtowny śmiech, czym i nas zarazili. Siedzący za plecami nasi rodacy także zaczęli rechotać. Czyżby wiedzieli, z czego się śmiejemy? Może i tak było. Śmiech płynący z naszego międzynarodowego stolika był tak zaraźliwy, że nie mieli innego wyjścia (jak wlazłeś między wrony…). Ten wspólny szaleńczy śm iech wyciągnął kelnera ze swojej świątyni ladowej. Porzucił ją i śmiejąc się w naszym rytmie i usiadł przy nas.

– Nie no, nie łapię tego – zwróciłem się do brata po opanowaniu śmiechu – co ma jedna pościel wspólnego z „naszą” kobietą.

– Nie wiem, może dla nich ma – odpowiedział prawie filozoficznie.

Cała Kuria ryczy ze śmiechu, a my nadal nie wiemy, o co chodzi z tą pościelą. W końcu Słowak uspokoił nas wszystkich. Wstał i na znak uciszenia zamachał rękami. Zrobiło się cicho. Tak cicho, że słychać było, siadającą pianę na piwie. Usiadł także uspakajający nas Słowak. Doszedł chyba do wniosku, że najlepiej będzie, jak pokaże nam wszystkim, o co mu chodzi. Podniósł lewą rękę, a następnie złączył palec wskazujący z kciukiem. Powstało coś w rodzaju zera albo innego kółka. Przybliżył rękę do naszych oczu, tak żebyśmy widzieli i wiedzieli, o co mu biega. Po chwili ją cofnął nieco i wsadził w to zero palec wskazujący ręki prawej. Następnie kilka razy wykonał powoli ruch posuwistozwrotny. Robił to równie powoli, jak powoli wymawiał:

-Vidíš? Vidíš? Vidíš? Nič také nebolo

– Teraz tak – powiedzieliśmy wspólnie z bratem.

Dzisiaj już nie pamiętam, czy jemu i innym zdołaliśmy wytłumaczyć polskie znaczenie tej swoistej pantomimy. Zresztą nie dało się nawet tego wytłumaczyć. Cała sala w tym momencie eksplodowała śmiechem. Eksplozja była tak potężna, że trudno ją było powstrzymać. Długo trwającą falę uderzeniową zatrzymały dopiero słowa przewodnika:

– Musimy już jechać na kwatery.

Te słowa były jak antidotum na ten swoisty wirus śmiechu. Trzeba było powstać i iść na dworzec. Zataczając się od śmiechu, pożegnaliśmy się ze Słowakami i jakoś doszliśmy na stację Elektriczki. Czekając na jej przyjazd, całość dyskusji międzynarodowych najlepiej podsumował Jacek:

– Słowa słowami, język językiem, ale najbardziej zrozumiałe są „rękoczyny”.

Dodaj komentarz