LINAPRK

Przynajmniej raz w roku zdarzają się takie dni, gdy rano nie musisz zrywać się do pracy. Twoja głowa wolna jest od wielogodzinnego myślenia o wskaźnikach, wydajności, wielkości sprzedaży i innych bzdurach przeszkadzających w wypoczynku. Takie cudne dni, na które czekasz cały rok, mają magiczną nazwę i moc. To U R L O P!!! Niektórzy nazywają go czasem ładowania akumulatorów. Inni porównują do swoistej kąpieli zmywającej brudy stresów, zmęczenia i toksycznych relacji. Można rzec, że każdy swoje prawdy ma. Przepisów na urlop jest tak dużo, jak przepisów na szczęście. Jedni preferują plażing połączony z parawaningiem, drudzy łażą po górach, jakby nie wystarczało im mieszkanie na górnych piętrach wieżowców. Są też wielcy miłośnicy żeglowania po jeziorach lub innych morzach, bo wanna trochę zbyt mała i płytka taka. Wśród urlopowiczów jest też grupa nastawiająca się głównie na imprezowanie, będące odreagowaniem na pustelniczy post alkoholowo rozrywkowy obowiązujący w pracy. No cóż, każdy ma swoje „odchylenia”, czyli sposoby na chwile wolności. Czasami idziemy na żywioł, a czasem planujemy sobie kolejne dni wolności. Ale, jak sami wiecie, plan to jedno, a rzeczywistość, to drugie. No cóż, życie. I właśnie o jednym takim urlopie będzie to wspomnieniowe opowiadanie.

Naszą tygodniowa bazą wypadową była Kudowa Zdrój. Dom, który swego czasu wybrała Basia, był z dala od centrum (jakieś 15 minut drogi na piechotę) i to był jego duży plus. Codzienne spacerki do i z domu były samą przyjemnością. Ale nie samymi spacerkami człowiek żyje. W ciągu tygodnia pobytu łaziliśmy trochę po mieście, deptaliśmy góry (z obowiązkowym wejściem na Szczeliniec), zwiedziliśmy wspaniały ogród japoński w Jarkowie i znajdującą się po sąsiedzku farmę aroniową. Jeden dzień poświeciliśmy na zwiedzanie czeskich jaskiń. Ciągle w ruchu i zero nudy.

Wśród tych wszystkich atrakcji najciekawsza (czytaj: najśmieszniejsza) była wizyta w parku linowym w Czermnej. Wielką fanką tego typu rozrywki była nasza wnuczka Julia. Nie muszę, więc tłumaczyć, dlaczego w planach uwzględnialiśmy zaliczenie takiego parku.

Osiemnasty lipca 2013 roku wypadał w czwartek i był to bardzo dobry dzień na spacer do Czermnej, gdzie wstąpiliśmy do Kaplicy Czaszek. Oczywiście Kaplica nie miała Julii przestraszyć, lecz pozwolić na poznanie historii tych terenów. I tak, jak spodziewaliśmy się kaplica nie przeraziła ani Julci, ani nas. A skoro nic nas nie przeraża, więc podreptaliśmy sobie leśną ścieżką w kierunku parku linowego. Tam Julcia miała, jak ta małpka, skakać sobie po różnych przeszkodach i linach rozwieszonych pomiędzy drzewami. Natomiast Basia i ja mieliśmy pracować za publiczność. Naszym głównym zadaniem miało być podziwianie nadrzewnych harców wnuczki. I tak zgodnie z planem oraz wcześniej przypisaną rolą, poszukiwałem jakiejś fajnej ławeczki obserwacyjnej, z której mógłbym klikać zdjęcia dokumentujące Julcine wyczyny. Plan planem, a życie życiem. Rzeczywistość, jak zapewne wiecie, czasem bywa inna niż ta, jaką wyobrażaliśmy sobie wcześniej. I właśnie coś takiego nieprzewidzianego mnie dopadło. Dlaczego mnie? Być może Ktoś tam wyżej, postanowił zażartować sobie ze mnie. Ot, figlarz taki. Mogłem się na Niego wkurzyć i obrazić, ale po co. Czyż nie lepiej wejść w Jego grę i pośmiać się z samego siebie. Dzięki temu ja miałem frajdę, a publika nie narzekała na nudę. Ale do rzeczy.

Julcia upatrzyła sobie super trasę! Podeszły, więc z Basią do kasy i poprosiły o bilet. Niestety pani od biletów i bezpieczeństwa prawie natychmiast sprowadziła obydwie z koron drzew na ziemię. Patrząc na Julcię i wybraną przez nią trasę stwierdziła:

– Ta trasa jest dla osób, które ukończyły szesnaście lat. Proponuję, więc trasę dla dzieci młodszych.

Te słowa były dla Julci, jak wyrok. Trasa dla dzieci młodszych?! Przecież ona z tatą pokonywała wiele trudniejszych tras w różnych miejscach kraju! Niewypowiedziane zdumienie przeorało jej twarz. W oczach pojawiły się zalążki łez – kropelki zawodu zmieszane ze złością. Julia to nadzwyczaj spokojna osoba, ale ta sytuacja obudziła w niej bardzo głęboko uśpioną wściekłość, taką zwyczajną i ludzką. Zawieszona nad jej głową ciepła aureola, zmieniała się powoli w ciemne, skłębione gradowo-burzowe chmury, czekające tylko na sygnał, aby zasłać cały teren gromami. Nie ma się, co dziwić. Skierowanie jej na trasę dla małych, to tak samo, jakby zmusić ją do zabawy w piaskownicy. Na twarzy Basi pojawił się wielki smutek. Stan bliski końca świata i ta cisza zwiastująca jego nadejście, trwałyby jeszcze dłuższą chwilę, gdyby nie słowa pani od biletów i bezpieczeństwa:

– Dziewczynka może iść na trudniejszą trasę, ale tylko z osobą dorosłą.

No, teraz dopiero się zaczęło! Jedyne dorosłe osoby na naszym placu boju, to Basia, ja i pani od kasy, która widziała w nas Julci rodziców. Kobieto – pomyślałem – ja jestem tylko dziadkiem Julii. Mam swoje lata i raczej nie nadaje się na małpie figle. I już miałem jej to powiedzieć, ale błagalny wzrok Julci i Basi zamroził moje struny głosowe. Popatrzyłem na dziewczyny, spojrzałem na wysoko zawieszone liny i pomyślałem sobie – a czemu nie, cóż się nie robi dla wnuczki. Dla niej wszystko, samolot i lotnisko. Nie mogłem, więc wyprowadzać pani z błędu, bo a nuż okaże się, że dziadek może tylko i wyłącznie zbierać szyszki w tym lesie. I co wtedy? Julcia musiałaby się obejść smakiem adrenaliny, którą wcześniej już poznała?

– A raz kozie śmierć – powiedziałem patrząc na babcię i wnuczkę. A dla rozładowania atmosfery dodałem jeszcze ze śmiechem:

– Dobrze jest! Popracuję te półtorej godziny za małpkę.

Po założeniu uprzęży wspięliśmy się na drzewo startowe i… do boju. Początki miałem nienajgorsze, a Julcia śmigała po tych różnych przeszkodach, jak zawodowiec. Karabinki przepinała jak stary taternik, a tyrolką posługiwała się, jak rdzenna mieszkanka Tyrolu. Żadnej trudności nie sprawiały jej jakieś tam siatki, huśtawki, liny i inne wymyślne przeszkody. Starałem się za nią nadążyć, chociaż wcale nie było to łatwe, a w miarę upływu czasu, stawało się coraz trudniejsze. Całe szczęście, że na niektórych etapach tego spaceru przepięcie karabinków było umieszczone wyżej niż jej zasięg. Tylko dlatego mogłem ją dogonić. Gdyby nie te przymusowe przystanki Julcia dawno skończyłaby trasę, a ja pewnie motałbym się jeszcze w tej sieci pająka. No cóż, wiek i waga robią swoje.

Zbytnio nie przeżywałem tych moich „ograniczeń”, chociaż sprawa wagi, co jakiś czas robiła się ważna. Oczywiście nie martwiłem zerwaniem liny, czy też lin, ponieważ miały one wytrzymać obciążenie 100 kilogramów, a więc troszkę zapasu jeszcze było. Jednak niektóre liny podejrzenie uginały się w czasie moich zjazdów (czyżby uprząż i tyrolka zbyt dużo ważyły?). To ugięcie wymusiło dokonywanie niemal cyrkowych ewolucji z nogami w górze, aby móc dosięgnąć podestu przystankowego. No nie, tak się nie da cały czas – pomyślałem sobie na podeście. Koniec cyrku. Kolejny zjazd postanowiłem wykonać tyłem. Założyłem, że przy takim ugięciu liny przyjęta pozycja pozwoli moim czterem literom idealnie wylądować na podeście, jak na krześle. Byłem przekonany, że ten sposób sprawdzi się idealnie. Zapewne byłoby tak, gdyby nie to, że kogoś tam u góry żarty się trzymały. Lina była bardziej naciągnięta niż poprzednie, a więc nie było przewidywanego jej zwisu. No tak, cyrk jeszcze się nie skończył. Znowu trzeba było wykonywać podniebne cudowno-ratunkowe akrobacje. Szczęśliwie udało się miękko wylądować na nogach.

Czermna – Park linowy

A Julia, jak to Julia. Nie straszne jej były żadne przeszkody, liny, karabinki i inne upały. Bez żadnego kłopotu i zmęczenia skakała sobie wymyślnych przeszkodach. Była w swoim żywiole. Gorzej było ze mną. W tym trzydziestostopniowym upale tłuszcz mi się wytapiał, a obwód pasa zmniejszał się gwałtownie. Uprząż poczuła luz, więc opadała sobie. Spod kasku leciał pot i wodospadami zalewał oczy. Boże, szepnąłem cichutko, daj wiaterek dla ochłody. I dał!. No w mordę jeża dał! I to jaki! A ja przecież prosiłem tylko o mały wiaterek, zefirek taki, a otrzymałem jakiś mini tajfun! Kolejny żarcik?! No cóż, płakał nie będę. Jak się bawić, to się bawić! Chcę postawić nogę na kolejnym sznurku w kształcie U, a ten, jak przestraszony ptak, gwałtownie odfrunął. Kilka kolejnych prób złapania jednego lub paru fruwających sznurków kończyło się podobnie. Wyglądało to tak, jakby noga i sznurki były magnesami o tych samych biegunach. Każde zbliżenie do nich nogi powodowało natychmiastowe ich odfruniecie. Wiatr wiatrem, ale tu na wysokości dzieją się jakieś cuda! Cuda cudami, ale na ziemię zejść jakoś trzeba, więc wyginam ciało śmiało. Rytm wygibasów musiałem dopasować do falujących sznurków. A wszystko po to, by złapać ich rytm i w końcu trafić nogą na te „latawce”. Próbuję raz, drugi i trzeci, a te złośliwe sznurzyska fruwają, jak stado pijanych motyli. Dla zachowania, jako takiej równowagi w tym rozkołysaniu, mój brzuch przesuwał się w stronę przeciwną do dolnej części ciała, czyli nóg. Czy musiał? Nie wiem i nie miałem ochoty tego rozważać w tym momencie. Starałem się nad tym wszystkim zapanować. Łatwo nie było. Ja w jedną, a brzuch w drugą stronę i tak wpadliśmy sobie w mały cyrkowy rezonansik. Nawet, jak na chwilunię przestało wiać, my dalej bujaliśmy się niczym pijani marynarze na suchym lądzie. Linom udzieliła się nasza (moja i brzucha) bujana energia, więc falowały w naszym rytmie. Całe to szaleństwo udało się opanować dopiero wówczas, gdy postanowiłem przeczekać te złośliwe podmuchy. Całkiem spokojnie położyłem się na trzech U-sznurkach i jak znudzony goryl na hamaku, patrzyłem sobie na szumiące korony drzew. Włączyłem funkcję – przeczekanie. Basia nie mogąc patrzeć na moją nierówną walkę przestała robić zdjęcia. Ptaki wstrzymały swoje śpiewy krakania, a wiewiórki pohamowały się w swojej wędrówce w górę drzewa. Cisza i zawieszenie wszelkiej aktywności, czy też innego ruchu, trwała chwil parę. I nagle wiatr złośliwy przestał wiać! Czyżby udzielił mu się mój leżący spokój, a może tylko zapowietrzył się. Mam cię – pomyślałem – i biegusiem pokonałem tę przeszkodę. Reszta poszła już gładko.

Po ponad godzinnym spacerze w koronach drzew, pozostał już tylko ostatni zjazd i lądowanie na butach. No, nareszcie coś stałego pod stopami! Mogę powiedzieć, że plamy nie dałem, więc należy nam się nagroda. Dla dziewczyn lody, a dla mnie kawa. Czarna, parzona, gorzka, boska. Każdy jej łyk, jak balsam wnikał w moje ciało i wszystko w koło nabierało wyrazu. Można rzec – wróciłem do żywych. A skoro tak, to czas na kolację.

Po tych wszystkich wrażeniach stwierdziłem, że coś takiego, jak Unikalna Rzecz Ludzi Opętanych Pracą wymaga wykorzystania wolnego czasu do maximum! A jeśli doprawimy go odrobiną szaleństwa i ogromną ilością luzu i … cudu dostąpimy.

Dodaj komentarz