Marzenia jak wstęp

Trochę gór polskich zdeptałem, a ciągle było mi mało. Gdy zaczynałem „profesjonalne” chodzenie po górach nie wiedziałem jeszcze, że wciągną mnie i to tak bardzo. Już po powrocie z każdego wypadu myślałem o następnym. Często, a właściwie zawsze, w drodze powrotnej ustalaliśmy następny szlak do przejścia. Propozycji było kilka, może kilkanaście, a ich ilość zależała od wielkości paczki turystycznej wypełniającej wagon pociągu lub autobusu wiozącego nas do domu. Malowaliśmy w wyobraźni nasze szlaki prowadzące na szczyty w różnych pasmach. Krystalizacja planów następowała zazwyczaj dzień lub dwa przed wypadem. Zbierało się wówczas paczkę, ustalało się godzinę wyjazdu, która prawie zawsze była zgodna z rozkładem jazdy pociągów. I to wszystko. Zdarzało się, że już po ruszeniu pociągu zmienialiśmy zaplanowane wejścia i szlaki w myśl zasady: improwizacja jest matką cudowności. Tak to w skrócie wyglądało. Inaczej było, gdy górski wypad organizowało koło PTTK Fablok lub PTTK Chrzanów. Wszystko musiało być wcześniej zaplanowane i przygotowane. Nam pozostało tylko przyjść w ustalone miejsce na konkretną godzinę. I w drogę! Sudety, Beskidy, Tatry, Bieszczady czekały. Te góry zawsze chętnie nas przyjmowały i to bez względu na pogodę. Zresztą z pogodą jest, jak z koniem, każdy widzi, jaka jest. Dla nas zawsze była dobra albo odpowiednia! Górom i pogodzie odpłacaliśmy się zachwytem, luzem, śmiechem, czyli życiem i chyba, dlatego nas często zapraszały. Ta nierozerwalna para, czyli góry i pogoda, czuła nasze zmęczenie na szlakach, słyszała nasze narzekania na upierdliwym lub nudnym podejściu, ale nie przejmowała się tym. Wiedziała bowiem, że zmienimy się na szczycie. Nasze malutkie narzekania zastąpi zachwyt i radość z wejścia, widoków i towarzystwa.

Podziwiając panoramy lub patrząc w okna schronisk, marzyliśmy o Słowackich Tatrach. Dziwnie brzmią takie marzenia? Dzisiaj jest to nawet śmieszne! Dzisiaj bez problemu mogę pojechać sobie na przykład do Zuberca, „zrobić” Rohacze (Roháče), a wieczorkiem wrócić do domu. Tak samo Polski Grzebień (Poľský hrebeň) jest dzisiaj w zasięgu jednodniowego wypadu. Problemu nie ma i dlatego fajna jest ta dzisiejsza normalność.

Czy warto marzyć? Nie tylko warto, ale nawet trzeba! Marzenia spełniają się, jeśli bardzo tego chcesz!

Potwierdzeniem tego była wiadomość o szansie na grupowy wyjazd w Tatry Słowackie. Koło PTTK Fablok w jakiś sobie znany sposób przekonało krakowskich przewodników (takie coś znamiona cudu miało), żeby po słowackiej stronie „nadzorowali” i pilotowali chrzanowską grupę. Z przewodnikami mieliśmy się spotkać w Nowej Leśnej (Nová Lesná), czyli w naszym punkcie noclegowo wypadowym. Wydawać by się mogło, że było łatwo, pięknie i wszystko grać powinno. Niby tak, ale dzieści lat temu nie było to tak oczywiste. Aby tam dotrzeć trzeba było najpierw załatwić wiele spraw, z których rzeczą najistotniejszą był paszport. Otrzymanie go wcale nie było taką pewną sprawą. Istniało ryzyko, że władza może wstrzymać jego wydanie i… po marzeniach. W moim i brata przypadku takie niebezpieczeństwo było, ponieważ nasi rodzice byli kiedyś w AK. Gdyby tak nasze wnioski paszportowe trafiły na jakiegoś nadgorliwego ideowca, któremu nie spodobałaby się taka przeszłość… Ale, co tam. Chwała rodzicom. Nadzieję mamy i czekamy. A skoro moja żona Basia mówi „będzie dobrze”, więc wszystko udać się musi. Czas oczekiwania na decyzję urzędową wypełniało nam zdobywanie informacji typu: co można wziąć ze sobą do plecaka, czyli co można przewieźć przez granicę i w jakich ilościach. Te i inne rzeczy z zakresu organizacji pobytu, logistyki, żywienia oraz spraw celnych trzeba było ustalać na kilku spotkaniach w kole turystycznym. Wiele godzin przesiedziało się przy tych rzeczach i stołach. Dzięki temu mieliśmy okazję spotkać się twarzą w twarz, pogadać oraz wymienić się pozyskanymi informacjami. Czy można było inaczej? Raczej nie. Telefonów komórkowych nie było, a Internet jeszcze się nie narodził, więc pozostało tradycyjne spotkanie face to face, jakby to dzisiaj powiedziano.

Tak po latach myślę, że ten wyjazd przyczynił się do polubienia Słowacji i jej mieszkańców.

Dodaj komentarz