MIARA CZASU

W górach miarą podstawową są godziny i ich części. Metry i kilometry prawie wcale nie są brane pod uwagę. Natomiast w „nie górach” jest odwrotnie. Godziny, kilometry. Minuty, metry. I więcej nic? Czy jest inna szlakowa miara? Tak. Jest, a narodziła się ona pod koniec ubiegłego wieku w Harrachovie. I o tym chciałem Wam opowiedzieć.

Grupą prawie rodzinną wpadliśmy swego czasu na tydzień w Sudety, a dokładniej w Karkonosze. Deptaliśmy różne szlaki, wdepnęliśmy na różne szczyty i odwiedziliśmy różne miejsca. Pewnego wieczoru uzgodniliśmy, że z uwagi na przewidywane załamanie pogody odpuścimy sobie wejście na Łabowski Szczyt, na którym zresztą byliśmy już wielokrotnie, i wyskoczymy sobie do Harrachova. Rano wyruszyliśmy z Samotni na przystanek PKS-u w Karpaczu. Ciemne chmury zwiastujące deszcz były niczym wielki ciemnoszary parasol zakrywające słońce. Nie opuszczały nas nawet w czasie jazdy liniowym autobusem na przejście graniczne. Po krótkiej kontroli paszportów ruszyliśmy na piechotę do miasta słynnej skoczni. Tuptaliśmy tak sobie jakieś cztery kilometry, a mały deszcz co jakiś czas nas nawiedzał. Nic wielkiego, troszkę nas tylko zmoczyło. Gdy doszliśmy już prawie do centrum miasta, chmury pociemniały i lunął taki deszcz, że nawet żaby schowały się pod dach przystanku. My też chcieliśmy się tam schronić. Niestety dla nas miejsca nie było. Kobietom niezbyt podobało się takie towarzystwo, więc trzeba było poszukać czegoś innego. Najbliższym schronieniem był czeski bar znajdujący się jakieś kilkadziesiąt metrów dalej. Biegusiem ruszyliśmy w jego kierunku. Niestety nie dało się biec między wielkimi kroplami, dlatego wpadliśmy do baru mocno zmoczeni. Tak, tak, wpadliśmy, a nie kulturalnie weszli, jak na obcokrajowców przystało. Drzwi same się zamknęły, a my stanęliśmy jak wryci. Cała sala spojrzała na nas i zrobiło się tak cicho, że słychać było strugi wody ściekające z naszych kurtek.

– No masz. Jak pech to pech! Nie ma ani jednego wolnego miejsca – szepnął ktoś z grupy.

Wyglądaliśmy jak przemoczone strachy na wróble. Wzbudziło to chyba litość wśród gości baru, bo już po krótkiej chwili kilku Anglików wstało od stolika i wyszło. Natychmiast zagospodarowaliśmy wolny stoliczek. Tak na zabicie deszczowej nudy zamówiliśmy sobie po piwie. Patrzenie na mały koniec świata, który szalał za oknami, można było osłodzić tylko czeskim napojem. Powoli łyk po łyku popijaliśmy sobie smaczny napój. Światem za oknami ulewa zawładnęła i nie miała zamiaru go opuścić. Cóż było robić. Trzeba czekać. Po kilku łykach podszedłem do jednego i drugiego okna. Spojrzałem w niebo chmurami zasłane i lekko zmartwiony wróciłem do stolika.

– No i jak to widzisz? Za ile przejdzie? – zapytał Władek, mając na myśli ulewę.

– No, panie Władku – zacząłem lekko poważnie – patrząc na niebo, jestem pewien, że zaniosło się na jakieś trzy, a może nawet i cztery piwa.

Taka paranaukowa prognoza wywołała śmiech w naszej grupie. Czesi też chyba zrozumieli, bo śmiali się razem z nami.

I tak to czysto przypadkowo narodziła nam się nowa i uniwersalna miara czasu.

Dodaj komentarz