PIENIŃSKA PRZEPOWIEDNIA WŁADKA

Zacne, a jakże, turystyczne towarzystwo zebrało się przed starym dworcem kolejowym w Chrzanowie. Słynne miejsce, gdzie na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zbieraliśmy się, oczekując na autokar podstawiany przez PTTK Fablok.

Był ciepły jesienny dzień. Idealny czas na wypad w Pieniny.

Podróż autobusem do Sromowiec Niżnych trwała dość długo, o wiele dłużej niż dzisiaj. Pewnie zastanawiacie się dlaczego? No cóż, nie urodziły się jeszcze znane nam dzisiaj drogi. A skoro ich nie było, tłukliśmy się tymi, które były. A jakie były? Wąskie, dziurawe i czas pożerające, czyli byle jakie. Ale co tam. W dobrym towarzystwie nic się nie dłuży, nikt się nie nudzi i na trudy drogi nie narzeka. Jedziemy i jedziemy, aż w końcu zegar jazdy zatrzymał się na parkingu w Sromowcach Niżnych. Autobus „wypluł” nas ze swojego zaduchu (klimatyzacja też jeszcze się nie urodziła) na czyste, owcami „pachnące” powietrze. Chwila kontrolowanego chaosu, a zaraz potem zbiórka rozsypanego towarzystwa. Kilka słów przewodnika i zgodnie z tradycją podreptaliśmy w kierunku schroniska „Trzy Korony”, zwanego kiedyś Śląskim Domem.

Zdjęcie z 22. 05. 2020 r

Obiekt zapraszał na swoje włości, więc cała wycieczka klapnęła sobie na schroniskowym trawniku i jemu przypisanych ławeczkach. Część grupy umilała sobie czas pochłanianiem domowych kanapek i popijaniu ich termosową herbatą. Innym wystarczyło delektowanie się kawą, również termosową. Pozostałym jakoś jeść się nie chciało, a i na kawę nie mieli ochoty, jednakże coś by się napili, aby ugasić pragnienie. Wiedzieliśmy, że żadna herbata, kawa, czy też inna butelkowa Pepsi nie gasi pragnienia na długi czas. To potrafi tylko piwo. Dlatego wraz z Władkiem, Andrzejem, Jurkiem, Wackiem i jeszcze kilkoma osobami postanowiliśmy pójść do schroniska, by wypić sobie jednego symbolicznego Żywca lub innego zamiennika.

– Zaraz, zaraz panowie – rozpoczął Jurek, wstając z trawnika – przecież do trzynastej daleko, więc zapomnijcie o piwie.

– No tak, według wytycznych władzy alkohol przed trzynastą szkodzi. Nawet w schroniskach – powiedziałem ironicznie.

– Jaki alkohol!? Jedno piwo?! – zapytał zdziwiony Władek.

– Ten zakaz miał być zniesiony. O sprzedaży, a właściwie o pozwoleniu na sprzedaż, decyduje wójt. A jeśli on pozwoli to zarządzający obiektem, jak zechce to może sprzedawać – oświecił nas Andrzej.

– No, a kto by nie chciał – zauważył ktoś inny.

– To znaczy, że szef schroniska piwo może sprzedawać! Idziemy – podsumował dyskusyjkę Władek.

Zadowoleni z decyzji władz centralnych, podnieśliśmy swoje cztery litery, zrobiliśmy ileś tam kroków i weszliśmy do schroniska.

Za ladą stała pani w średnim wieku i tak na pierwszy rzut oka wydawała się sympatyczna, chociaż wcale się nie uśmiechała. Było to jednak normalne w tamtych czasach. Na wielu dużych i małych stanowiskach „w terenie” obowiązywała jeszcze socjalistyczna poza. Było to takie swoiste połączenie zawziętej, siermiężnej twarzy antyimperialisty, ze zmęczonym wzrokiem przodownika pracy.

Przyzwyczajeni do takiego drylu, my ludzie zwyczajni, grzecznie i z uśmiechem zapytaliśmy, czy jest piwo.

Tak właściwie było to pytanie retoryczne (tak nam się wtedy wydawało), jednakże wrodzona uprzejmość wymagała zadania go. Można powiedzieć, że to pytanie było czymś w rodzaju zwyczajowego powiedzenia, całkiem podobnego do słów: co słychać.

Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku ze słowa piwo, usłyszeliśmy w naszej wyobraźni ten miękki i chłodny dźwięk płynu ślizgającego po naszych gardłach. Spragnione podniebienia już nawet poczuły ten niepowtarzalny smak chmielowego chłodu. Byliśmy prawie wniebowzięci.

– Nie ma! – głośno i stanowczo powiedziała kobieta, czym gwałtownie ściągnęła nas na Ziemię.

– Jak to nie ma? – zapytałem mocno zdziwiony.

– Nie ma i już! Dopóki ja tu jestem, piwa nie było i nie będzie! – powiedziała jeszcze mocniej i jeszcze głośniej.

Jej brwi wraz ze zmarszczkami przybrały groźną formę wyższości i skupienia. Ten socrealistyczny obraz przypominał głęboko zaorane pole pełne postrzępionego perzu. Nastąpiła chwila głębokiej ciszy. Słowa kobiety zepchnęły nas do piekła bezchmielowej Sahary. Czuliśmy ogromny zawód i chwilową bezsilność w walce z mentalnością posłanniczki inkwizycji antybrowarniczej. Tkwił w niej jeszcze mocno zakorzeniony socjalizm nakazowy przesycony wiernopoddańczym postępowaniem, żeby nie powiedzieć fanatyzmem. W pewnym momencie odnieśliśmy nawet wrażenie, jakby w powietrzu wypełnionym ciszą i naszym zdenerwowaniem, kobieta potężniała w swoim mniemaniu, czy też wiary w słuszność wykonywanych poleceń. Karmiona daną jej władzą oraz naszą chwilową niemocą, uniosła symboliczną nogę, by zdeptać robactwo, czyli nas, równie symbolicznym butem. Od ścian schroniska niczym echo, odbijały się i potężniały jej słowa: „dopóki ja tu jestem, piwa nie było i nie będzie”. Z mocą kaskadowego wodospadu uderzały w nas raz za razem wstrętne dźwięki. Kobieta myślała, a nawet pewna chyba była, że tym to sposobem rzuci nas na kolana i padniemy skruszeni przed JEJDURNOŚCIĄ. Nic z tych rzeczy! Władek popatrzył jej głęboko w oczy, wziął nieco głębszy oddech, a następnie rzekł spokojnie w swoimi jedynym i niepowtarzalnym stylu:

– No to długo pani tutaj nie pobędzie.

Nasze spojrzenia i jego słowa w jednej milisekundzie zabił jej dyktatorską butę. Zamurowało ją. Jej twarz wraz z szyją przybrały wyraz i kolor przerażonego indyka. Zagotowała się. Jej głos natychmiast udał się na emigrację (pewnie w niższe części ciała). Wybuch był bardzo bliski. Nam jednak nie chciało się czekać na nieuchronną erupcję. Postanowiliśmy zostawić ją z samą sobą i odbezpieczonym granatem ludowych przekleństw. Z delikatnym uśmiechem wyszliśmy sobie przed schronisko i podeptaliśmy ścieżką prowadzącą do Wąwozu Szopczańskiego. Zarówno wspaniałe słońce, widoki, jak i dobry humor zaniosły nas na Trzy Korony później Sokolicę.

Zeszliśmy w Szczawnicy, a tam wstąpiliśmy do restauracji pachnącej upadkiem PRL-u. W menu nie było co przebierać, ponieważ o tej porze wyboru wielkiego nie było. Dyżur pełnił klasyczny schabowy, ziemniaki z kapustą, więc bez dyskusji wzięliśmy to, co było.

– Celnie ustrzeliłeś schroniskową kobietę – tak pomiędzy schabowym o pierwszym łykiem piwa z uznaniem powiedział Wacek, poklepując Władka.

– Wiesz, bo mnie kobieta lekko zirytowała. Potraktowała nas jak jakieś piwne menele. A nam przecież chodziło tylko o podtrzymanie tradycji i kulturalne rozmowy przy piwie – w swoim stylu odpowiedział Władek.

– No tak. Tradycja to tradycja, świętość prawie! – dodałem w uzupełnieniu.

– Gdyby na ten przykład tradycyjnym napojem była żętyca, to pewnie popijalibyśmy żętycę – krótką dyskusję podsumował Władek.

Rok może dwa lata później ponownie wylądowałem w Sromowcach Niżnych. Tak z ciekawości Wstąpiłem do schroniska. Wchodzę, patrzę, a „naszej kobiety” nie ma. A piwo jest. Zamówiłem, więc jedno tradycyjnie. Siedząc tak sobie na ławeczce, schładzałem powoli gardło i zastanawiałem się nad tym, skąd Władek ma taką moc przewidywania. Prorok jakiś, czy co?

Jedna myśl na temat “PIENIŃSKA PRZEPOWIEDNIA WŁADKA

  1. Świetna opowieść na poranną ‚ustawkę’ dnia. Wracają wspomnienia i pragnienie poczucia wolności, jakiego zawsze doświadczam, wspinając się górskim szlakiem. Trzy Korony po raz pierwszy zdobyłam, mając 3 lata -sama! Po drodze pomyliłam biedronkę z poziomką i teraz mogę się chwalić, że byłam prekursorem doceniającym owady jako źródło pożywienia. 🙂
    Dziękuję za podzielenie się kolejną historią ze szlaku.
    Pozdrawiam,
    Krystyna

Dodaj komentarz