POLSKI GRZEBIEŃ

Ten tekst dedykuję strajkującym nauczycielom

          Zakopane przywitało nas pochmurnym porankiem. Co nam to wróży na resztę dnia? Nie wiadomo. Górska pogoda jest zmienna, jak kobieta, a więc trzeba ją brać taką, jaka jest. Z takim nastawieniem wylądowaliśmy na przejściu granicznym na Łysej Polanie (Lysá polana), gdzie zgodnie z planem ruszyliśmy szlak. Pogoda spała jeszcze przykryta ciemnymi chmurami. Za nic nie chciała się obudzić i zrzucić chmurną poduszkę z swej niebieskiej twarzy. Zaczęło mżyć. Czyżby ktoś tam wyżej chciał nas dzisiaj zniechęcić i zmusić do powrotu? Czyżby nie wiedział lub zapomniał, że nas nie da się byle czym przestraszyć? Przeżyliśmy na szlakach nie jedną ulewę, burze i inne gradobicie, więc byle co nie może nas przestraszyć.

          Stary góral siedział sobie na przystanku autobusowym. W jego oczach widać było cierpliwość z odrobiną znudzenia, a w zmarszczkach twarzy rysowało się doświadczenie i życiowa mądrość. I chyba to ostatnie spowodowało, że spytaliśmy go o pogodę na dzisiaj. Góral ściągnął swój kapelusz, spojrzał w górę, jakby szukał podpowiedzi od Najwyższego Bacy. Przymknął oczy, podrapał się po głowie i rzekł z namaszczeniem:

– Ano, zdaje mi się, że będzie kropiło, a może nawet i lało. Błyśnie Wam jednak słoneczko, może popołudniu, a może dopiero wieczorem.

– Dobrze by było, aby chociaż na szczycie przejaśniło się nam na dłuższą chwilę – z śmiechem oceniła prognozę fachowca góralka z krwi i kości, czyli Bogusia.

          Trudno było się z nią nie zgodzić. Póki co pada. Nie była to jakaś ulewa, ale za to upierdliwa większa mżawka, która lazła z nami jakiś czas. Zapłakane świerki i równie płacząca trawa w Dolinie Białej Wody (Bielovodská dolina) stworzyły klimat mający nas zniechęcić do dalszej wędrówki. Nas?! Taka atmosfera kogoś innego może by zniechęciła, ale nie nas. Góry smakować trzeba w każdej porze roku i w każdej pogodzie! Dopiero wówczas czuje się ich prawdziwą duszę. Trzymając się tego mokniemy i idziemy dalej. Rozmowy i wspomnienia z wielu szlaków może nie rozgrzewały nas zbytnio, ale zajmowały nasze głowy czymś innym niż narzekaniem na deszcz, do którego zresztą przyzwyczailiśmy się już. Nie zwracaliśmy na niego uwagi, a zresztą w takiej paczce można wejść wszędzie bez względu na to, co wokół się dzieje. A może dobrze jest, jak czasem pojawiają się na szlaku różnego rodzaju trudności, które trzeba pokonywać. Gdy wygrasz przekonujesz się o istniejących możliwościach przezwyciężenia własnych słabości i to pozostaje już na stałe. A jeśli się potkniesz wstajesz i idziesz dalej. Dzięki temu stajesz się mądrzejszy, mocniejszy i bardziej odporny na przeciwności.

          Gdzieś tak po godzinie deszcz z poziomu upierdliwości wskoczył na półkę zajadłości wspomaganej równie złośliwym wiatrem. Trwało to jakiś czas, aż w pewnym momencie wiatr i deszcz odpuścili nam. Żywiołom, a może żywiołkom, znudziło się nękanie naszej grupy „płynącej” po zalanej ścieżce. Korzystając z tego spokoju zatrzymaliśmy się na chwilę, aby zmoknięte owieczki znowu zeszły się w zwartą grupkę. I wówczas ktoś ironicznie zapytał:

– A może zawróćmy?

Jurek spojrzał na nas, jakby szukał osoby, która tym pytaniem zasiała wątpliwości, co do kierunku, jaki powinniśmy obrać. W wilgotnym powietrzu zawisła mieszanka niewypowiedzianego mokrego znużenia oraz oczywistej chęci wejścia na Polski Grzebień (Poľský hrebeň). Oczywiście Jurkowi nie zależało na ubiciu siewcy zwątpienia, lecz przekazaniu mu pozytywnej energii i cieszenia się z tego, co jest tu i teraz. Wielką ciszę z mikro napięciem, czyli napiątkiem, rozładował Wacek mówiąc:

– No popatrz, a normalni ludzie o tej porze wstają dopiero na śniadanko i kawkę.

Te słowa sprawiły chyba, że słońce odsunęło kawałek chmur by spojrzeć w dół. Ciepłą i jasną wiązką uderzyło w naszą grupę. Taki mały słoneczny prezencik plus słowa Wacka rozładowały napiątko, przywracając tym samym leciuteńko zachwianą chęć do dalszego deptania szlaku.

        W takiej atmosferze doszliśmy do szałasu na Polanie pod Wysoką (Poľana pod Vysokou), gdzie zgodnie z planem miał być odpoczynek plus drobne jedzonko. Rozłożyliśmy się na ławeczkach, bo lepiej zjeść małe co nieco na siedząco, bo przy okazji dychną sobie troszeczkę nogi. W szałasie spotkaliśmy nieco smutnych polskich studentów. W trakcie rozmowy wyszło, że od pięciu dni leje po słowackiej stronie, a oni tu utknęli i nie dadzą rady rozpalić ognia. Mokre rzeczy nie chcą schnąć, nie ma mowy o gorącej kawie, czy herbacie, a mokre drewno palić się nie chce. Co – pomyśleliśmy – nie da się ogniska rozpalić? Musi się dać! Nie w takich warunkach rozpalaliśmy ogniska, więc musimy chłopakom dać ten ogień! Raz dwa im rozpalimy i pójdziemy sobie poszczytować na Polskim Grzebieniu (Poľský hrebeň). Niestety studenci nie mieli żadnego suchego papieru, a zapałki im się skończyły (zapalniczki nie były wówczas w powszechnym użyciu). Jak oni wytrzymali tyle czasu bez ognia? Podziwialiśmy ich hart ducha i wytrwałość. W takich warunkach „przesiedzieli” tutaj kilka dni i nie zrezygnowali z codziennej wspinaczki. Powiem Wam, szacun wielki! No dobra, ale szkoda już czasu na przeżywanie. Trzeba, jak najszybciej zrobić ognisko. Nasz palący wyłożył pudełko zapałek, a reszta dołożyła do tego papiery z kanapek. Zgodnie ze sztuką na papierowy stosik ułożono małe gałązki. Ogień zapałki prawie natychmiast zaraził sobą papiery, a one z kolei gałązki. Buchnął piękny płomień z dymkami i… nic. Zdechło ognisko wraz z naszym samouwielbieniem. Nie pomogły nawet zdrowe płuca chrzanowskiego turysty próbującego dmuchnięciami rozniecić tlące się jeszcze zalążki ciepła. Każdy z nas na pewno bezgłośnie przykląkł sobie siarczyście, a wszechobecna wilgoć ironicznie szeptała nam do uszu:

– No i co? Nic z tego drogie dzieci, nic z tego. Przegraliście.

          Jeszcze jedna próba i kolejna. Czas płynął, a oporny ogień nie chciał się obudzić. Chyba nie uda się zapalić. Czy mamy się poddać? Mamy zostawić potrzebujących bez ogniska? Nasze ego „ogniskowych zapalaczy idealnych” doznałoby by przecież poważnego uszczerbku na honorze. Jeszcze jedna ostatnia próba i znowu to samo. Nici z ogniska? Przyznam, że wewnątrz nas toczyła się swego rodzaju walka. Iść, czy jeszcze próbować zapalić to cholerne ognisko. Z jednej strony szczyt czekał, ale z drugiej chcieliśmy pomóc studentom. Tak normalnie po ludzku, jak turysta turyście. Niespodziewanie dla nas decyzję podjęło niebo, a właściwie chmury zwisające nad nami. W jednym momencie rozpoczęły dywanowy nalot zalewając wszystko w koło mokrymi mini bombami. W ogromnej ilości i z dużą prędkością mega krople wybuchały na trawie, drzewach, kamieniach i skośnym dachu szałasu. Wkoło łomotało tak, jakby oszalała dywizja zwariowanych werbli dawała swój wybuchowy koncert walcząc równocześnie z górskim echem. Działo się, powiem wam działo się, a nawet się armatało! No cóż, siła wyższa. Patrząc chmurom w oczy i na to, co się w koło wyprawiało oceniliśmy, że to szaleństwo będzie trwało, co najmniej godzinę. Godzina czekania. Godzina nudy? Nie, nic z tego!. Nudzie mówimy stanowcze nie! Bierzemy się ponownie za rozpalanie tego upierdliwie opornego ogniska! I musi się udać! A później zobaczymy, czy pójdziemy sobie poszczytować, czy też … Postanowione. Palimy. Niestety nie było już ani suchych, ani mokrych papierów. Udało się znaleźć tylko jeden półsuchy bilet na jakiś autobus. Mało, więc potraktowaliśmy go, jako tajną broń, którą użyjemy w odpowiednim momencie. Głównym zapalaczem został Andrzej, a my za pomącą noży, zajęliśmy się wyszukiwaniem najsuchszych wiórków w przemoczonych gałązkach. Kwadrans „zabawy” i bilet niczym znicz olimpijski został podpalony, a jego ogień przekazał swoją moc wiórkom i mini gałązkom. Pierwsze ogniki i dymki dawały nadzieję na pokonanie zimnej wilgoci. Walka trwała chwilę i raz my byliśmy górą, a raz bliska zwycięstwa była wszechogarniająca wilgoć, próbująca zgasić w nas ostatni płomień nadziei. Nie poddaliśmy się jednak. Jeden, drugi, trzeci, czwarty płomyk błysnął! Powolutku robiło się cieplutko. Krąg turystów osłaniał rodzący ogień. Jak lwice broniliśmy go przed każdym nawet najmniejszym mokrym podmuchem. Udało się! Powoli dokładano trochę większe gałązki, a później jeszcze grubsze i urodziło się prawdziwe turystyczne ognisko. Sukces!!! Ciepełko rozlało się w szałasie i w jego okolicach. Na twarzach studentów pojawiło się takie szczęści, jakby dostąpili zaszczytu spotkania z siłą wyższą. Gdyby wówczas była moda na wizytówki zapewne wymieniliśmy się nimi, ale i bez tego podziękowaliśmy sobie za wspólną walkę i pokonanie „mokrego luda”. Nasza radość zatkała chmury. Ustał deszcz, ustał wiatr, a gdzieś obok przebił się malutki promień słońca. Jest nieźle, a może być jeszcze lepiej, więc idziemy na szczyt.

          Tempo narzucił Jurek, Andrzej i Kazek z Młodym, a pozostała szóstka nie pozostawała w tyle. Nasz rodzynek, a właściwie rodzynka, darła pod górę niczym kozica. Płynące po kamiennym szlaku strumienie nie mogły nas już zatrzymać. Śliskie kamienie pod butami wymagały od nas wzmożonej uwagi w trakcie szybkiego marszu pod górę. Po kilkunastu minutach dodatkowo dopadła nas mgła i mżawka – czkawka deszczu, ale nam to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie mgła nieco zrzedła, więc ponownie ruszyliśmy ostro w górę. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, aby zobaczyć to, czego i tak zobaczyć się nie dało. Durna mgła, a może chmury nie pozwalały na to. No cóż pozostały nam tylko widoki na przyszłość, czyli powód do przyjechania tutaj ponownie. Może góry jeszcze urosną do tego czasu. Póki co przeszliśmy obok Litworowego i Zamarzłego Stawu (Litvorové pleso, Zamrznuté pleso). Wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze ostatni męczący odcinek po piarżyskach i głazach, a później jeszcze krótka wspinaczka żlebem.

          W końcu wdepnęliśmy na szczyt. Postaliśmy, odetchnęliśmy, spojrzeliśmy w dół na chmurową białoszarą masę pożerającą zapłakane doliny. Bez zachwytu patrzyła na ten obraz Mała Wysoka (Východná Vysoká). Ze zmarszczek jej skalanego czoła płynęło wielkie zdziwienie, gdy nas dostrzegła i w tym samym momencie poczuliśmy jej pytanie: cóż wy tu robicie? Gdzieś tam we mgłach majaczył potężny Gerlach (Gerlachovský štít). I to było wszystko, co było widać. I to by było na tyle, jak mawiał profesor Jan Tadeusz Stanisławski. Chmury nie pozwoliły na więcej. Przemoczone ubrania i buty szybko wychładzały nasze ciała. Ostro obrywała twarz, a wargi prawie cierpły i nie chciało się mówić, a właściwie krzyczeć. Przez szum chłodnego wiatru przebiły się jednak słowa Wacka:

– Kurde, spociłem się niemiłosiernie.

– E tam – szybko wrzucił Jacek – to tylko mgła ci się zagotowała.

– A propos gotowania to zjadłbym coś na ciepło – dorzucił się do rozmowy Sławek

– Tak, z ciepłych rzeczy wybrałbym na początek gorącą herbatkę z rumem – dodał Jurek.

Rozmowa rozkręcała się. Lecz ostatnie słowo i tak należało do kobiety. Bogusia, jak my wszyscy, pośmiała się z tej szybkiej wymiany zdań. Ogarnęła brygadę wzrokiem i spokojnie, acz stanowczo rzekła:

– Dobra, dobra przemoczeńcy. Szkoda czasu na marznięcie. Zbieramy się i spadamy do Śląskiego Domu (Sliezsky dom). Zagrzejemy się w drodze.

          Trzeba powiedzieć, że miała rację. Po kilkunastu minutach marszu mgła się na nas zgotowała i zrobiło się nieco cieplej pod ubrankiem. Tak naprawdę nie było wiadomo, czy te „gorące poty” wynikały ze zmęczenia, czy też były skutkiem obaw przed upadkiem na śliskim i stromym zejściu. A tam nie ma się, czym przejmować. Nieważne. Ważne i najważniejsze jest to, że za nieco mniej niż godzinkę w schronisku złapiemy prawdziwe ciepełko, a przy okazji uzupełnimy utracone płyny i inne minerały. Przechodząc obok Długiego Stawu (Dlhé pleso) nasze spragnione gardła prawie czuły już smak złotego napoju sąsiadów, czym potwierdzały bliskość schroniska. To samo chyba wyczuło niebo, ponieważ zaczęło się przecierać i pomiędzy smutnymi, ciemnymi chmurami zaczęły pojawiać się niebieskie wyspy. Gdzieniegdzie na zboczach gór i trawach Wielickiego Ogrodu (Kvetnica) pojawiały się ruchome słoneczne plamy ogrzewające miliony zmokniętych traw, kamieni, głazów i kilka grupek turystów. Zrobiło się troszeczkę cieplej. Jedna z przemieszczająca się wolno plam dopadła naszą brygadę, więc zatrzymaliśmy się w niej na chwilkę. Ależ cudownie było zatopić się w słońcu.

– Tam u góry przestali się chyba na nas złościć. Pozwalają na wygrzanie „starych kości” – podsumował Ptyś ten chwilowy słoneczny cud.

– I jeszcze ci się rymuje – z uśmiechem powiedział Sławek i dodał jeszcze – Krótkie rymowanie to i słońca krótkie będzie trwanie.

– Dobra chłopaki, koniec słońca i koniec tej poezji. Idziemy do schroniska.– Powiedziała Bogusia w momencie, gdy ciepła plama odpłynęła w stronę Wielickiego Stawu.

Otwierając drzwi Śląskiego Domu (Sliezsky dom) przywitał nas gwar, brzękanie talerzy, sztućców i kufli, co odczytaliśmy, jako zaproszenie do stołu. Taki klimat natychmiast obudził w nas radość podkreśloną szczerymi uśmiechami. Cieplutkie i suche ławy, na których posadziliśmy nasze cztery litery, wpłynęły na nas tak pozytywnie, jak ogrzewanie podłogowe na zmarzniętego kota. Suche ciepełko rozchodziło się po całym ciele. Przemoczone, ciężkie od deszczu spodnie napięły się mocno na udach i schły sobie powoli. Unosząca się nad nami delikatna mgiełka mieszała się ze schroniskowym powietrzem. Subtelne (cokolwiek to znaczy) zapachy kuchni wraz z oparami chmielu uwolnionego z piętrzącej się w kuflach piwnej piany, wprowadziły nas w swojski i błogi nastrój. Nie, nie mogliśmy oprzeć pokusie wyłapanej węchem, więc … postanowiliśmy nagrodzić się podwójnie. Po pierwszym piwie zamówiliśmy jeszcze jedno. Boże, tego nam trzeba było! Właśnie tak smak gór się podkreśla! Tak nam było dobrze, że dobrze nam tak. Czuliśmy się, jak na posiadach, gdzie wszyscy rozmawiają ze sobą, dzieląc się wspomnieniami i innymi bajkami. W przestrzeni nad ławami unosiły się słowackie, polskie i węgierskie wyrazy i śmiechy bez przynależności językowej. Wierzcie mi, że nie chciało się wychodzić z tak cudownego miejsca, mimo że na zewnątrz było już ciepło i słonecznie. No, ale cóż trzeba schodzić do Starego Smokowca (Starý Smokovec) skąd autobus dostarczy nas na Łysą Polanę (Lysá polana). Część z nas wybrała zejście asfaltem, a część śliskimi ścieżkami. W paru miejscach przypominało to wręcz jazdę figurową z elementami akcji obronnej przed upadkiem. Ale, jak to mówią, złego licho nie bierze, a więc obyło się bez bolesnych wzlotów i upadków. I to ostatnie zdanie może być podsumowaniem całego rajdu – kolejnego Markowego szlaku.

4 myśli na temat “POLSKI GRZEBIEŃ

  1. Prawdziwe te Markowe szlaki opisane w taki prosty a zarazem wspaniały sposób, że ma się nieodparte wrażenie jakby tam się było, przeżyło to wszystko. Chciałoby się żeby tak samo jak w czasie wędrówek po górach jak i w życiu codziennym zawsze świeciło słońce. Nie jest tak. Trzeba nauczyć się przetrwać nawet upierdliwe mzawki 😊. Marku wszystkiego co najlepsze! Pisz, pisz, pisz….

    1. Czytając Twój komentarz, aż chce się pisać! Przybliżenie gór poprzez emocje jest tak samo cenne, jak podanie komuś ręki – siły do dalszej wędrówki przez życie.
      Dziękuję Aniu za przeczytanie i komentarz.

  2. Panie Marku,
    Dziękuję za wspomnienia ze szlaku. Tym żywsze, że nie dalej jak w sierpniu miałam szczęście i wielką przyjemność oderwania się od pracy zawodowej i obowiązków domowych, i spędzenia fantastycznego, słonecznego dnia wędrując ze Sliezskiego domu do Popradskiego Pleso. Potężna ulewa połączona z burzą w drugiej połowie dnia jedynie podniosła atrakcyjność całego przedsięwzięcia, podkreślając ‚nieprzewidywalność’ żywiołów.

    Zabieram z Pańskiego opowiadania prawdę, która bardzo ze mną rezonuje.

    ” Gdy wygrasz, przekonujesz się o istniejących możliwościach przezwyciężenia własnych słabości i to pozostaje już na stałe. A jeśli się potkniesz, wstajesz i idziesz dalej. Dzięki temu stajesz się mądrzejszy, mocniejszy i bardziej odporny na przeciwności.”

    Podzielę się nią z dziećmi i będę używać jako motta, dlaczego warto pokonywać swoje słabości i np. chodzić górskimi szlakami.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Krystyna

    1. Pani Krystyno,
      To, że góry są wspaniałe nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Ich cudowność najmocniej się jednak dostrzega w momencie, gdy pojawia się gracz mniej lub bardziej nieprzewidywalny, czyli pogoda ze swoimi grymasami. Nie ma nic piękniejszego od uśmiechu słońca rozjaśniającego zachmurzone szczyty. Takie przeżycia pozostają najdłużej w pamięci.
      Cieszę się, a może nawet jestem dumny, ze „sprzedania” swojej prawdy i narodzenia się motta.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz