POPRADZKIE PLESO I OSTRVA

W sierpniowy poranek umówiliśmy się przed chrzanowskim Domem Kultury, gdzie Ptyś podjechał swoim pojazdem. Duże plecaki zapakowane wszystkim, co niezbędne rzuciły się na tył pojazdu (resory stęknęły zaskoczone ich ciężarem), a my lekko wskoczyliśmy na siedzenia. Drzwi zamknęły się, czyli klamka zapadła. Jedziemy spełniać swoje marzenie. Droga do granicy minęła szybko. Żarty, opowiadania i fura śmiechu wydatnie skracały nam czas. No ale nic nie trwa wiecznie. STOP. Ptyś zatrzymał samochód daleko w lesie przed przejściem granicznym na Łysej Polanie.

– Ci, co nie trzymają kierownicy, mogą rozprostować kości, a reszta pilnuje kolejki i przesuwania się do przodu – rozkazał Ptyś.

– Reszta, czyli sztuk jeden też może zostawić kierownicę na chwilkę, stanąć z nami na poboczu i pogadać na świeżym powietrzu – powiedział Kazek i machnął zapraszająco ręką.

– Skoro tak mówisz, to idę – odpowiedział.

– Zauważyliście? Ptyś, jak wysiadł, to samochód odetchnął z ulgą – prawie poważnie stwierdził Jacek.

– No popatrz, a myśmy myśleli, że to plecaki tak dogniatają resory, a tutaj wyszło szydło z worka – ze śmiechem stwierdziła Bogusia.

– Co tam ja albo inne plecaki. Dopiero jak wy wysiedliście, to resory mocno, bardzo mocno odbiły. Nadwozie podniosło się tak wysoko, że zobaczyłem Stary Smokowiec – odparł na atak Ptyś.

Gruchnęliśmy śmiechem, co natychmiast zwróciło uwagę samochodowych staczy i palaczy stojących przy swoich samochodach.

Staliśmy, a Ptyś co jakiś czas wskakiwał do samochodu i podjeżdżał parę metrów do przodu. Wlekliśmy się niemiłosiernie. Sunące poboczem ślimaki patrzyły na to z wielkim zaskoczeniem. Pewnie chwaliły swoją moc i przyspieszenie graniczne. Być może ich naukowcy tłumaczyli to przyspieszenie granicznym zmniejszeniem się w tym miejscu ślimaczego przyciągania ziemskiego.

Chwila moment, czyli gdzieś 1,5 godziny i stanęliśmy przed obliczem umundurowanego przedstawiciela służb państwowych. Celnik, krótkie pytania, paszport, pieczątka, przejazd granicy i…

Nareszcie wpadamy w objęcia Słowacji!

Gdyby istniała jakaś skala mierząca stopień radości ze spełnienia to w przedziale od jednego do dziesięciu, wszyscy wystawilibyśmy tabliczki z cyfrą dwanaście. Te dwa punkty powyżej dziesięciu to bonus za to, że jako pierwsi turyści z miasta Chrzanów mieliśmy zaszczyt wejść na szczyt NA GERLACH!

Tradycyjnie naszą bazą miał być domek wynajmowany od przemiłych Słowaków z Nowej Leśnej (Nová Lesná). Zanim jednak wpadliśmy tam, postanowiliśmy zrobić sobie mały spacerek, tak dla rozruszania kości. Kilka godzin na szlaku na pewno dobrze by nam zrobiło, więc wybraliśmy się na Osterwę (Ostrva).

Z parkingu obok elektriczki, gdzie zaczyna się szlak niebieski, ruszyliśmy do schroniska nad Popradzkim Stawem (Popradské pleso). Asfalt, asfalt, asfalt. Wkurzający asfalt! W końcu po godzinie dotarliśmy do żółtego szlaku i normalnej turystycznej ścieżki.

Miejsce podziwu, zadumy, inspiracji historią ludzi, z którymi minęliśmy się.

Kolejny raz poszliśmy w miejsce prawie święte dla górołazów – Symbolický cintorín pri Popradskom plese. Rozrzucone skałki, głazy i wrastające z nich tablice poruszyły nasze serca, a oczom nie pozwalały się oderwać. Napiętnowani górami patrzyliśmy na wspomnienie tych, co w nich zostali. Górom i ludziom oddali życie, a teraz tablicami przemawiali do nas i spoglądali w dół z NIEBIESKIEGO SZLAKU. W mojej pamięci pozostał i chyba na zawsze pozostanie tablica-skała, w którą wczepione dłonie. Bliski wybuchu każdy mięsień napięty do granic możliwości dłońmi prosił czarną skałę o siłę i ratunek. Zwisająca obok lina czekała i czeka tak do dzisiaj. Zdobione kolorowe krzyże niczym drogowskazy w skalnym labiryncie nakazywały, prosząc jednocześnie, by stanąć przed obliczem pamięci w samotnej kaplicy. Miniaturowy kościół i góry miniaturowe, i krzyże, i tablice z milczącym przykazaniami miłości do gór i ludzi. Na kamiennym małym nieba fragmencie odpoczywała przeszłości, a obok tu i teraz przechodziła, przyszłość trzymając linę i rękę.

Życie wraz z piękną pogodą biegło dalej, a my wraz z nią.

Doszliśmy do stawu i schroniska. Usiedliśmy na ławeczkach. Nogi odpoczną, a oczy nacieszą się falującym widokiem Osterwy, przeglądającej się w mokrym popradzkim zwierciadle. Cudowny obraz w fantastycznej galerii natury. Podziwiać można byłoby jeszcze długo, ale Osterwa woła. Byliśmy już kiedyś na niej, ale któż nam zabroni wejść raz jeszcze. Nikt, po prostu nikt! Nie musimy pytać o pozwolenie żadnego sekretarza ani innego księdza. Sami decydujemy o ponownym wejściu na nią! Mimo że zakosiasta ścieżka prowadząca na szczyt nie jest tak prosta, jak wszelkie idee, my nią, właśnie nią iść chcemy. A nawet gdyby nam się iść nie chciało…

Jacek i ja uznaliśmy jednak, że musimy zachować siły na jutrzejsze wejście na Gerlach (nie wierzyli nam), a przy okazji będziemy kontemplować piękno otoczenia.

– Co będziecie robić? – zapytał Kazek.

– Ja już to robię. Siedzę i kontempluje – odpowiedział Jacek.

– A wiem, to taka wada zgryzu. Kątem pluje, bo prosto nie potrafi – wyjaśnił Jurek.

– Wada, wadą, ale przy tej okazji, poświęcimy się specjalnie dla was i kupimy wam piwo tuż przed zejściem, aby zimne dostało się w wasze dłonie – dodałem przepełniony misją.

Po krótkiej rozmowie przekonaliśmy towarzystwo do naszego pomysłu.

Docenili nasze poświęcenie i już się zbierali do wyjścia, gdy nagle Bogusia wszystkich zatrzymała. Spojrzała nam w oczy i w tonie zaczepno-ironicznym powiedziała:

– To, że piwo będzie podane do stołu w idealnej temperaturze i momencie oraz bez zbędnego czekania jest zacnym uczynkiem, ale… – zawiesiła w próżni zdanie.

– No masz, nic piękne być nie może. Zawsze musi być jakieś „ale” – wtrąciłem szybko.

– No człowiek się tu poświęca, odkrył swoją prawie życiową misję, a tu jakieś wątpliwości ktoś sieje – dodał Jacek.

– … ale – kończyła Bogusia – czy można powierzyć diabłu pilnowanie duszy, gdy anioły oddalą się na chwilę? Czy zostawienie was sam na sam z piwem nie jest zbyt dużym ryzykiem?

– No tak, ryzyko jest poważne. Osuszą kiosk, jak źródełko pod Tarnicą – dorzucił Andrzej.

– Coś w tym jest – powiedział Wacek. Zamyślił się, uniósł głowę do nieba, drapnął się parę razy w brodę i dodał – Podzielam wasze wątpliwości. Zostanę z nimi. Powaga i odpowiedzialność za „młodzież” nakazuje przypilnowanie ich.

Cała ta sytuacja, a szczególne podsumowanie Wacka, spowodowało wybuch śmiechu całej grupki. Natychmiast zwróciło to uwagę międzynarodowego towarzystwa, które siedziało przy sąsiednich stolikach. Skierowane w naszą stronę życzliwe uśmiechy, zdawały się potwierdzać słuszność wywodu Wacka. Większość z nich nie rozumiała naszego języka, ale turystom nie jest to potrzebne, oni rozumieją się bez słów.

Grupka szczytowa poszła, a my zakupiliśmy po jednym płynie i sącząc go z namaszczeniem podziwialiśmy, jak znajome mróweczki wchodzą zakosami na szczyt. Przy schodzeniu ze szczytu powtórzyliśmy namaszczenie. Wrażenia bezcenne były. Oczywiście dopilnowaliśmy wcześniejszego ustawienia się długiej kolejce, by zakupić to, do czego się zobowiązaliśmy.

– Mieliście dobry pomysł – z wyschniętym gardłem powiedział Jurek i natychmiast sięgną po boski płyn chłodzący.

– Mowa. Cóż się nie robi dla koleżeństwa – rzekła Jacek i dodał delikatnie – Mam nadzieję, że docenicie nasze poświęcenie.

Osterwowe towarzystwo chłonęło płyn jak gąbka poranną rosę, więc nie usłyszeliśmy natychmiastowej odpowiedzi na pytanie Jacka.

– No, wróciliśmy do żywych. Dychniemy trochę i schodzimy na parking, a później jedziemy do Nowej Leśnej. Muszę jeszcze zadzwonić do przewodników i pogadać na temat wejścia na Gerlach – prawie na wdechu powiedział Jurek i opadł na ławkę.

– Pamiętajcie, że po drodze musimy zrobić jakieś zakupy na teraz, jutro i na wyjazd – szybko dodała Bogusia, przypominając nam o czymś, co my chłopy, pewnie zostawilibyśmy na ostatnią chwilę.

Osterwa miała być przygrywką pod jutrzejszy Gerlach. Niestety późnym południem załamała się pogoda. Prognozy mówiły o sporym deszczu, więc wejście na szczyt trzeba było przesunąć na następny dzień. Mieliśmy nadzieję na dobre warunki pojutrze. Nie zamierzaliśmy jednak siedzieć w bazie, modląc się o poprawę pogody. Postanowiliśmy, więc najpierw, czyli jutro, wejść na Polski Grzebień. Byłoby to takim przetarciem przed Gerlachem.

Dodaj komentarz