„PROROK” Z RUDAWY

Zgodnie z duchem panującym w słusznie minionym systemie wszystko musiało podlegać pewnym wytycznym. Nie inaczej też chyba było z sezonem turystycznym. Oficjalnie sezon musiał rozpoczynać się wczesną wiosną, a kończyć gdzieś pod koniec października. Tylko w tym terminie można było liczyć na to, że firma udostępni autobus turystom z zakładowego koła PTTK.

Okres zimowy uznawano za niekorzystny, więc turystyka zwana zorganizowaną zamierała.

Naszej paczce takie coś nie odpowiadało. W naszym katalogu nie istniało coś takiego jak martwy sezon rajdowy. Chcieliśmy deptać po szlakach bez względu na porę roku. Dlatego też przekonaliśmy kiedyś samych siebie i wybraliśmy się w połowie stycznia na szlak. Wybór padł na Dolinki Podkrakowskie.

W myśl ówcześnie obowiązujących „wytycznych” nasz rajdzik zapoznawczy nie bardzo mieścił się w pojęciu turystyki zorganizowanej. I bardzo dobrze. Małej grupce niepotrzebny cały autobus i pozwolenie na wyjście. Nam wystarczył pociąg, dopasowanie szlaku do rozkładu jazdy i dobre towarzystwo. No i jeszcze jedna rzecz jest podstawowa – pogoda. Pogoda ducha oczywiście! Reszta miała już mniejsze znaczenie. Jako miejsce startu wybraliśmy Rudawę, która przywitała nas śniegiem, sporym mrozem i wiatrem. Nic w tym dziwnego nie było. Stycznie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku tak już miały i tyle.

Stojąc chwilę na dworcu kolejowym, zastanawialiśmy się, czy też taka aura nie była zemstą za naszą nieprawomyślność i zejścia z wyznaczonej ścieżki. Mix pogodowy niemiłosiernie wyżywał się na naszych twarzach. Policzkował nas, zostawiając czerwone, piekące ślady. Z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej marzły nam dłonie i stopy. Z ciał ukrytych pod spodniami i kurtkami ciepełko szybko, acz niechętnie ulatywało. Byliśmy zmarznięci i poskurczani, ale szliśmy do przodu. Szliśmy!? Parliśmy, parliśmy pod wiatr! Z nadzieją przetrwania spoglądaliśmy w kierunku lasu, gdzie moglibyśmy się schować przed tym złośliwym wiatrem. W końcu las po to jest. Tylko on może zatrzymać to szaleństwo. Niestety do ściany lasu trochę jeszcze było, więc trzeba było walczyć dalej z przeciwnościami. Stopień wychłodzenia grupki organizmów był już duży. Oczywiście do hipotermii było nam jeszcze daleko, ale cierpliwość w tej nierównej walce została mocno nadszarpnięta. Na chwilkę schowaliśmy się za jakimś budynkiem, który miał dla nas popracować, jako osłona przeciwwiatrowa. Korzystając z chwili wytchnienia, łyknęliśmy gorącej termosowej kawy i herbaty. Wewnętrznie ciut cieplej nam się zrobiło.

– Kawa niby gorąca, ale już w kubku zmienia się w mrożoną – stwierdził ktoś ze zmarzniętymi wargami.

– Ech, przydałaby się teraz herbatka po góralsku – ktoś inny zamarzył.

– Wypili? – zapytał Andrzej, a dla poniesienie ducha dodał – dobrze jest, idziemy dalej.

I poszliśmy wystawieni na wściekłe wietrzysko. I poszliśmy odważnie na wietrznośniegowe rozstrzelanie. I poszliśmy na mroźną tułaczkę. I poszliśmy, a każdy krok był, jak środkowy palec przeciwnościom pokazany. I poszliśmy… Po jakiś stu metrach obróciłem się i zatrzymałem. Spojrzałem w stronę wiatru pędzącego chmury i stanąłem jak wryty.

– Stójcie! Zatrzymajcie się! – wrzasnąłem w stronę grupki idącej gęsiego.

Wszyscy natychmiast się zatrzymali. Myśleli, że stało się coś poważnego na przykład groźny upadek. W ich oczach widać było zaniepokojenie oraz pytajników masa. Nie pozwoliłem jednak zadać żadnego pytania. Wskazałem tylko ręką na budynek, a ich wzrok natychmiast podążył w tym kierunku. Szukali gdzieś tam czegoś bliżej nieokreślonego.

– Patrzcie się na tę prawdę życiową – wykrzyczałem i jeszcze raz wskazałem na budynek, na którym ktoś wielkimi literami napisał:

STRZELISZ BANIĘ, ZMIENISZ ZDANIE – głośno odczytał Stefan, a po chwili dodał – słowa proroka zawsze na duchu podnoszą.

Gruchnęliśmy śmiechem i poszliśmy dalej. Torowanie ścieżki zrobiło się lżejsze, a śnieżne wydmy w polach już tak bardzo nam nie przeszkadzały. Cieplej nam się zrobiło i to nie tylko na duszy. Wiatr później się uspokoił (pewnie pokonała go nasza pogoda ducha), kiełbaski pieczone na ognisku miały wyśmienity smak itp. W drodze powrotnej nawet słońce szło z nami. Radocha była ogromna, więc robiliśmy później wiele szlaków zimowych także iw górach.

I tak jedno zdanie dostrzeżone w odpowiednim miejscu i czasie potrafiło zmienić bieg historii.