ROHÁČSKE PLESÁ

Basia wymyśliła wyjazd do Słowacji.

Zapowiadał się piękny sierpniowy dzień. Zgodnie z prognozami miało być ciepło, słonecznie, a jakieś tam opady mogą się pojawić dopiero późnym wieczorem. Można, więc spokojnie szykować plecaki. Przed szóstą rano wyjeżdżamy z moją żoną Basią z Chrzanowa. Zahaczamy jeszcze o Zagórze, skąd zabieramy koleżankę i jedziemy w kierunku Zuberca. Granicę przeskoczyliśmy zgodnie z planem, a tuż przed dziewiątą przywitał nas parking Zuberec Roháče Spalená lanovka. Plecaki na grzbiet i idziemy, by zatopić się w cudownym miejscu.

Słońce przygrzewało, a odkryty asfalt dodatkowo podnosił temperaturę. Nic to. Przyjazny wiaterek chłodził nas i niósł zapachy szczytów. Jeden wdech i nie masz wyjścia, musisz podążyć jego ścieżką, nawet gdyby chwilowo przybrała posmak asfaltu. Z dala obojętnie spoglądały na nas Rohacze. Spokojnie czekały, aż przyjdziemy nad ich stawki, nad którymi dominowały ich poszarpane granie. Na odpoczynek od asfaltu zaprosiła nas Adamcul’a. Posiedzieliśmy sobie, a przy okazji zrobiliśmy sobie małe śniadanko. Po takim wypasie łatwiej nam było iść po tej czarnej drodze. W końcu skończyło się deptanie asfaltu.

Doszliśmy do Rohackiego Bufetu! Wdepnęliśmy oczywiście na chwilkę do niego. Oblężony Bufet nie zachęcał do planowanego odpoczynku. Znajdujące się w pobliżu Tatliakovo jazero oferowało o wiele lepsze warunki. Jego otoczenie oraz kolor wody oczarowywał Alę. Nie inaczej też było z Basią i ze mną, chociaż byliśmy tutaj już kilka razy.

Kilkanaście minut odpoczynku, zachwytów i ruszamy dalej. Kamienista ścieżka prowadziła nas w górę, później opadała sobie, a tylko po to, by znowu zacząć się wspinać. Po drodze mijaliśmy Velké Rohačske pleso i Druhé Roháčske pleso. Przy każdym koniecznie trzeba było się zatrzymać, by poczuć magię tego miejsca.

Wszystkiemu ze spokojem i uwagą przyglądała się kozica.


Próbowała pewnie zrozumieć, po jakiego grzyba ci wszyscy ludzi przyszli na jej włości. Po cóż te ludzie chodzą tam i z powrotem, a nawet ździebełka trawy nie skubną, wody nie chlipną. Chociaż — myślała dalej — to nawet dobrze, bo więcej będzie dla niej. A może tym ludziom nie o jedzenie chodzi? Może tylko próbują nieudolnie naśladować nasze kozicowe górskie spacery? Może chcą tak, jak my kozice, poczuć się wolni. Wiedzą, że są tutaj pod ochroną. Nikt tutaj na nich nie zapoluje, nie złapie i nie wciśnie do klatek miejsko-korporacyjnego zoo. Jeszcze raz popatrzyła na nas, po czym głośnym beczeniem potwierdziła prawdziwość swoich przemyśleń. Przerwała obserwację człowieków, skubnęła kilka razy trawę i poszła swoją drogą. My też poszliśmy swoją prowadzącą na Tretie Rohačske pleso. To było bardzo dobre miejsce na chwilę odpoczynku i małe co nieco. Słońce prawie cały czas zabawiało się na falach stawu. Na malutkich wodnych stokach wspólnie z wiatrem promienie ślizgały się. Gnały tak razem to w górę, to w dół, a każde zderzenie obfitowało w skroplone iskry. Błyskającą zabawę przerywały na chwilę dostojnie przepływające obłoki. Basia z Alą weszły na małą kamienisto piaskową plażę, by poczuć i zobaczyć to wszystko z bliska. W pobliżu pojawiła się też nasza znajoma kozica. Czyżby nadal próbowała zrozumieć, co nas tak w góry ciągnie?

Siedząc tak sobie z boku, spojrzałem w stronę Rohaczy. Przypomniało mi się, jak ileś lat temu byłem tam z turystyczno-rodzinną paczką. Idąc graniami, patrzyliśmy wtedy w dół, gdzie po cienkiej kamienistej wstążce w stadkach dreptały ludziki jak mróweczki małe. Do dzisiaj w pamięci postało dużo zachwytu wymieszanego z adrenaliną. Spoglądam w górę i widzę to z drugiej strony, mróweczki suną po na Rohaczach. No ale koniec wspomnień. Ruszamy dalej.

Naszym kolejnym celem było Štvrté Roháčske jazero.

Idąc tak sobie, co jakiś czas patrzyłem na to, co dzieje się nad nami. Zaniepokoiło mnie trochę pogarszanie się pogody, mimo że słońce jeszcze grzało.

Nie wiadomo skąd pojawiły się małe ciemniejsze chmurki. To może być forpoczta czegoś większego – pomyślałem sobie. W powietrzu czuło się coraz więcej wilgoci. Dziewczyny natomiast stwierdziły, że czuć deszczem. Bez przekonywania się przyspieszyliśmy na podejściu. Trzeba było jak najszybciej osiągnąć kulminację. Zobaczymy wtedy, czy pogoda pozwoli nam się tam zatrzymać na dłużej (tak planowaliśmy rano), czy też od razu trzeba będzie schodzić w dół.

Szybko złapaliśmy te prawie 1920 m n.p.m.

Czas na odpoczynek. Oczy odpoczywać jednak nie zamierzały. Szeroko otwarte chłonęły obrazy tak, jak gąbka wodę i natychmiast lokowały je w pamięci. Najbardziej jednak narzekała szyja, która musiała kręcić głową niczym kamera obrotowa. W prawo, w lewo i jeszcze raz w prawo, a później jeszcze do tyłu i do góry. Gdyby ona mówić umiała, poprosiłaby pewnie naturę, by w następnej wersji dać człowiekowi oczy w kilku miejscach głowy. Jednak na razie musiała się pogodzić z jego obecną jego wersją. Co jakiś czas dawaliśmy jej chwilunię oddechu, gdy oczy patrzyły w okienko aparatu. Pstryk i jeszcze pstryków kilka tak, aby stworzyć małą kopię swojej pamięci. Po latach te zdjęcia będą jej wyzwalaczem.

Niestety nie mogliśmy tam zbyt długo przebywać, podziwiać i chłonąć tatrzańskie klimaty.

Pogoda psuła się dosłownie z minuty na minutę.

– Dziewczyny, nie ma się co szczypać. Trzeba szybko schodzić – powiedziałem do Basi i Ali, pokazując jednocześnie na chmury zasłaniające szczyty. Zapowiadało się nieciekawie. Paniki deszczowej jednak nie było. Wiedzieliśmy, że on i tak, i tak nas dopadnie. Deszcz na szlaku to dla nas żadna nowina. Nie pierwszy raz dopadnie nas w górach, więc kolejny raz damy sobie z nim radę.

Istniało jednak niebezpieczeństwo wystąpienia burzy, a ta często bywa złośliwa, więc nie ma co lekceważyć jej zapowiedzi. Schodziliśmy w miarę szybko, ale bez niepotrzebnego szaleństwa. Dziesięć minut na zejściu, pozwoliło poczuć się nieco bezpieczniej. Po chwili spadło kilka kropel, takich rozpoznawczych chyba. Aha, zaczyna się – pomyślałem sobie. I w tym samym momencie pojawił się silny wiatr walący w nas wielkimi kroplami, które po kilku sekundach ustąpiły miejsca gradowi. Będzie się działo i to na ostro – szepnąłem do siebie. Dobrze, że akurat przechodziliśmy obok potężnego głazu, przypominającego dach szałasu. Trzeba, więc było szybko tam wskoczyć i schronić się pod Jego Wielkością. Basia i Ala w na wpół ubranymi pelerynami natychmiast wskoczyły pod to głazowe zadaszenie. Ja nawet nie próbowałem iść ich śladem. Kamienny dach aż tak ogromny nie był, by ochronić jeszcze jedną osobę. W tym momencie jego wielkość nie miała większego znaczenia. Skupiłem się głównie nad szybkim ściągnięciem plecaka i schowaniem do niego aparatu. Grad tylko na to czekał. Schylony nad plecakiem zwiększyłem tym samym powierzchnię trafiania, co wykorzystał bezwzględnie. Głowa i plecy natychmiast boleśnie odczuły ten swoisty masaż. Było to coś w rodzaju młoteczkowej akupunktury prowadzonej stępionymi igłami. Czułem jak wszystkie naruszone nerwy, rozdzierały skórę przykrytą tylko mokrą kurtką. Jakby tego było mało, uśpiony piorun przyłączył się do tych pieszczot i pieprznął sobie gdzieś bardzo blisko. Natychmiast poczułem na twarzy gorące falujące powietrze, które w tym samym momencie eksplodowało potężnym grzmotem. Przerażone uszy błyskawicznie, chciały się zwinąć. Włosy być może dęba by stanęły, gdyby nie to, że grad skutecznie je do cebulek powbijał. Obok posypało się trochę kamieni.
Ktoś zaprosił nas na spektakl z mocnym otwarciem – przez myśl mi przeleciało.

– Marek! Tęcza! – krzyknęła Basia.

– Tęcza gradowa?! To przecież niemożliwe – krzyknąłem, a może szepnąłem tylko.

Z przymrużonymi powiekami postanowiłem to sprawdzić, ogarniając wzrokiem górę i boki. Grad z deszczem walił po oczach, więc wiele zobaczyć się nie dało.

– Nie tam! Niżej! – jeszcze raz krzyknęła Basia.

Patrzę i widzę coś niesamowitego. Poniżej nas prawie na wyciągnięcie ręki rozłożyła się tęcza. Schylam się, więc szybko po aparat, który dopiero co schowałem do plecaka. Uderzeń gradu nawet już nie czułem. Bałem się tylko, że to wściekłe gradowisko rozwali mi aparat. A co tam. Warto zaryzykować, by uchwycić niesamowite zjawisko – tęcza nie w górze, lecz prawie pod nogami. Zalane oczy i skulona sylwetka nie ułatwiały ustawienia aparatu. Nie ma co kombinować tylko pstrykać i już – powiedziałem sam do siebie. Może się uda. Jedno pstryknięcie i jeszcze drugie dla pewności. W uzupełnieniu drugiego pstryknięcia burza, tak chyba w gratisie, wysłała kilka kolejnych błyskawic i potężnych grzmotów. Uśmiechnąłem się tylko i szepnąłem: ma moc ten aparat.
Nie wiem jak długo to piorunowo-gradowe szaleństwo trwało. Pamiętam tylko, że po zrobieniu tęczowych zdjęć próbowałem się jeszcze schronić pod tym kamiennym szałasem. Niestety zmieściła się tylko głowa i ramion kawałek. Dało się jednak wytrzymać. Grad powoli przestawał szaleć, aż w końcu ustał. Błyskawice i grzmoty także odpłynęły gdzieś daleko. Nawet wiatr się uspokoił. Tylko deszczowi przestać się nie chciało. Zalewając wszytko dużymi kroplami, miał nadzieję, że zrobi nam jakąś krzywdę. Nic z tych rzeczy.

Przemoczeni turyści przestają już reagować na dodatkową porcję wody.

– Chyba nie ma co czekać, aż przestanie lać. Schodzimy – stwierdziła Basia.

Kiwnęliśmy głowami i naprzód, a dokładniej w dół. Oczywiście szybko schodzić się nie dało, ponieważ szlakowe ścieżki zmieniły się w małe rwące potoki niosące błoto. Namoknięte ubrania, przeszkadzające peleryny i oblepione błotem buty nie ułatwiały nam zejścia. W takich warunkach każdy krok robiliśmy ostrożnie, aby nie zaliczyć gleby. Jednakże górska podłoga koniecznie chciała nas przytulić, by sprawdzić swoją siłę przyciągania. I pewnie dlatego zdarzyły się ze dwa poślizgi. Patrzący z boku opisałby to zapewne jako mały wzlot, łapanie powietrza rękami, kończący się w sekundę później upadkiem na wszystkie pięć punktów podparcia. Po tym tańcu dowolnym następował szybki powrót do prawie pionowej postawy.

W normalnych warunkach do Rohackiego Wodospadu szlibyśmy około 45 minut, a tak zeszło nam troszkę więcej niż godzinę. Nie przejmowaliśmy się takim opóźnieniem. W końcu nie szliśmy na czas, a po wrażenia. Gdy już stanęliśmy przy wodospadzie, deszcz w jednej chwili przestał padać. Czyżby doszedł do wniosku, że skoro leci tu tak dużo wody, to on może już przestać. Prawie od razu zrobiło się cieplej. Ciemne chmury poszły gdzieś sobie, uwalniając tym samym słońce i jego ciepełko. Było nam tak dobrze, że dobrze nam tak. Przemoknięta, zmęczona zejściem była nasz trójca, a przy tym ogromnie szczęśliwa. To, co przeżyliśmy, na długo zostanie w naszej pamięci.

Szliśmy tak sobie w dobrym nastroju, gdy nagle zostaliśmy zatrzymani. Rozdroże szlaków Adamcula niczym znak stop na skrzyżowaniu, poprosiło nas o natychmiastowe zatrzymanie. Bez oporów spełniliśmy tę prośbę. Kilkanaście minut postoju pozwoliło kościom i ciałom wygrzać się trochę w słońcu. Przy okazji odparowało też kilku kropel spływających z nas jak ze strachów na wróble. Jeszcze raz i razy jeszcze kilka popatrzyliśmy w kierunku Rohaczy. Oddychające lasy wypuszczały w niebo pary, które gdzieś tam wysoko zbijały się w białe półprzeźroczyste chmurki. Majestatem ociekające góry pozwoliły głaskać się przepływającym obłokom. A wiatr niczym szalony grzebień rozczesywał je później na niebieskim płótnie.
Tylko trawy żywo-zielone nie przeżywały tego, co wokół się dzieje. Zajęte sobą spijały każdą kropelkę, która w nich się zatrzymała.

Mimo że słońce dobrze grzało, ubranka wcale nam nie wyschły. Nad nami unosiły się chmurki pary pamiętające jeszcze gradem z deszczem. Przed czwartą po południu leciutko podsuszeni, dotarliśmy na parking.
Dziesiąty sierpnia dwa tysiące czternastego roku to data, którą długo będzie się pamiętało. Każde jej wspomnienie otworzy galerię emocji i szlakowych obrazów.

4 myśli na temat “ROHÁČSKE PLESÁ

  1. Jak zwykle obrazowy, wciągający opis! Patrzę teraz przez okno na ogrzewające się w popołudniowym słońcu pasmo Beskidów i nasycony zielenią las. Czuję na plecach ten grad z opisu i tęsknię za tęczą. Tęczę pod nogami ‚miałam’ tylko raz w życiu, gdy wchodziłam na Świnicę. Wtedy też dowiedziałam się, co oznacza wg. ludzi gór, gdy zobaczysz swój cień na chmurze poniżej, ale to zupełnie inna historia. 🙂
    Dziękuję za piękny opis trasy zobrazowany super ujęciami natury. Dziękuję za podzielenie się tymi wspomnieniami.
    Pozdrawiam serdecznie

    1. Czysto techniczne opisy szlaków są dla mnie zbyt suche. Ponadto przedkładam rodzące się w każdym momencie emocje i wszystko, co nasze zmysły chłoną z otoczenia i czują jego dotyk. Być może to uplastycznia opis szlaku.
      Dziękuję za przeczytanie i tak miłe słowa komentarza.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz