SŁOWACJA – PIERWSZY RAZ

  1. Marzenia, jak wstęp

Trochę gór polskich zdeptałem, a ciągle było mi mało. Gdy zaczynałem „profesjonalne” chodzenie po górach nie wiedziałem jeszcze, że wciągną mnie i to tak bardzo. Już po powrocie z każdego wypadu myślałem o następnym. Często, a właściwie zawsze, w drodze powrotnej ustalaliśmy następny szlak do przejścia. Propozycji było kilka, może kilkanaście, a ich ilość zależała od wielkości paczki turystycznej wypełniającej wagon pociągu lub autobusu wiozącego nas do domu. Malowaliśmy w wyobraźni nasze szlaki prowadzące na szczyty w różnych pasmach. Krystalizacja planów następowała zazwyczaj dzień lub dwa przed wypadem. Zbierało się wówczas paczkę, ustalało się godzinę wyjazdu, która prawie zawsze była zgodna z rozkładem jazdy pociągów. I to wszystko. Zdarzało się, że już po ruszeniu pociągu zmienialiśmy zaplanowane wejścia i szlaki w myśl zasady: improwizacja jest matką cudowności. Tak to w skrócie wyglądało. Inaczej było, gdy górski wypad organizowało koło PTTK Fablok lub PTTK Chrzanów. Wszystko musiało być wcześniej zaplanowane i przygotowane. Nam pozostało tylko przyjść w ustalone miejsce na konkretną godzinę. I w drogę! Sudety, Beskidy, Tatry, Bieszczady czekały. Te góry zawsze chętnie nas przyjmowały i to bez względu na pogodę. Zresztą z pogodą jest, jak z koniem, każdy widzi, jaka jest. Dla nas zawsze była dobra albo odpowiednia! Górom i pogodzie odpłacaliśmy się zachwytem, luzem, śmiechem, czyli życiem i chyba, dlatego nas często zapraszały. Ta nierozerwalna para, czyli góry i pogoda, czuła nasze zmęczenie na szlakach, słyszała nasze narzekania na upierdliwym lub nudnym podejściu, ale nie przejmowała się tym. Wiedziała bowiem, że zmienimy się na szczycie. Nasze malutkie narzekania zastąpi zachwyt i radość z wejścia, widoków i towarzystwa. Podziwiając panoramy lub patrząc w okna schronisk, marzyliśmy o Słowackich Tatrach. Dziwnie brzmią takie marzenia? Dzisiaj jest to nawet śmieszne! Dzisiaj bez problemu mogę pojechać sobie na przykład do Zuberca, „zrobić” Rohacze (Roháče), a wieczorkiem wrócić do domu. Tak samo Polski Grzebień (Poľský hrebeň) jest dzisiaj w zasięgu jednodniowego wypadu. Problemu nie ma i dlatego fajna jest ta dzisiejsza normalność.

Czy warto marzyć? Nie tylko warto, ale nawet trzeba! Marzenia spełniają się, jeśli bardzo tego chcesz! Potwierdzeniem tego była wiadomość o szansie na grupowy wyjazd w Tatry Słowackie. Koło PTTK Fablok w jakiś sobie znany sposób przekonało krakowskich przewodników (takie coś znamiona cudu miało), żeby po słowackiej stronie „nadzorowali” i pilotowali chrzanowską grupę. Z przewodnikami mieliśmy się spotkać w Nowej Leśnej (Nová Lesná), czyli w naszym punkcie noclegowo wypadowym. Wydawać by się mogło, że było łatwo, pięknie i wszystko grać powinno. Niby tak, ale dzieści lat temu nie było to tak oczywiste. Aby tam dotrzeć trzeba było najpierw załatwić wiele spraw, z których rzeczą najistotniejszą był paszport. Otrzymanie go wcale nie było taką pewną sprawą. Istniało ryzyko, że władza może wstrzymać jego wydanie i… po marzeniach. W moim i brata przypadku takie niebezpieczeństwo było, ponieważ nasi rodzice byli kiedyś w AK. Gdyby tak nasze wnioski paszportowe trafiły na jakiegoś nadgorliwego ideowca, któremu nie spodobałaby się taka przeszłość… Ale, co tam. Chwała rodzicom. Nadzieję mamy i czekamy. A skoro moja żona Basia mówi „będzie dobrze”, więc wszystko udać się musi. Czas oczekiwania na decyzję urzędową wypełniało nam zdobywanie informacji typu: co można wziąć ze sobą do plecaka, czyli co można przewieźć przez granicę i w jakich ilościach. Te i inne rzeczy z zakresu organizacji pobytu, logistyki, żywienia oraz spraw celnych trzeba było ustalać na kilku spotkaniach w kole turystycznym. Wiele godzin przesiedziało się przy tych rzeczach i stołach. Dzięki temu mieliśmy okazję spotkać się twarzą w twarz, pogadać oraz wymienić się pozyskanymi informacjami. Czy można było inaczej? Raczej nie. Telefonów komórkowych nie było, a Internet jeszcze się nie narodził, więc pozostało tradycyjne spotkanie face to face, jakby to dzisiaj powiedziano.

Tak po latach myślę, że ten wyjazd przyczynił się do polubienia Słowacji i jej mieszkańców.

2. Wyjazd

Wszystko ustalone, a więc spotykamy się na dworcu kolejowym w Chrzanowie i jedziemy do Krakowa. A tam wraz z naszymi maleńkimi, jak szafa trzydrzwiowa plecaczkami, pakujemy się do pociągu. Kierunek Zakopane. Nie mieliśmy miejsc rezerwowanych, więc z plecakowym garbem wędrowaliśmy korytarzem Pullmana w poszukiwaniu wolnych miejsc. Ku naszemu zaskoczeniu wcale nie było tak źle, jak „wroga propaganda” podawała. Pociąg ruszył przed północą. W naszym przedziale jedno miejsce zajmował już młody, który wsiadł chyba na jednej z wcześniejszych stacji, czyli jechał kolega gdzieś z Polski. Spał jak zabity. Ani wrzucanie plecaków na półki, ani nasze głośne szepty nie ruszały go. Może miał takie postanowienie, że bez względu na wszystko musi przyjechać rano do Zakopca całkowicie wyspany. Może planował, jakieś poważniejsze przejście z samego rańca i chciał się wyspać maksymalnie. Nie chcąc mu przeszkadzać, przymknęliśmy oczy wraz z ustami. Czekaliśmy na sen. Usypiała nas żelazna kołysanka nucona przez tory i koła wagonów. Rytmiczny, monotonny stukot przywoływał sen, drzemiący gdzieś tam za czarnymi szybami. Chyba jednak nie słyszał tego wołania. Nie poczuliśmy jego wjazdu do wagonu. A może już w nim był? Może w całości pochłonął go kolega „gdzieś z Polski” i dla nas już nie wystarczyło. A może to oczekiwanie na spełnienie naszych marzeń nie pozwalało nam zasnąć. Męczarnie senno coś tam, coś tam, sprawiły, że jedną nogą byliśmy w świecie snu prowadzącego nas po graniach Słowackich Tatr, a drugą nogą utknęliśmy w rzeczywistości wrzeszczącej zgrzytem hamulców, kół i torów na każdej stacji. Takie pobudkowo-kolejowe atrakcje pojawiały się na każdej stacji, a ona z kolei wzbogacała je o inne sobie tylko przypisane. Chwilę po każdym zatrzymaniu się pociągu otwierały się drzwi naszego przedziału i Ktoś pytał, czy są wolne miejsca. Nasze głowy pokręciły się parę razy w lewo i prawo, dając bezgłośna odpowiedź. Dla sprawdzenia Ktoś omiótł nas wzrokiem, rzucił okiem na kanapy, a nawet plecaki szczelnie wypełniające półki bagażowe, po czym z nerwowym trzaskiem zasuwał drzwi. Za każdym razem patrzyliśmy w kierunku odchodzącego trzaskacza drzwiowego, a po chwili spoglądaliśmy na siebie, by ze stoickim spokojem powiedzieć: co za burak. A nasz kolega „gdzieś z Polski” ani drgnął w swoim śnie. Wyłączony nasłuch rzeczywistości nie zaprzątał mu głowy tymi wątpliwymi atrakcjami. Nawet zepsuty zamek w drzwiach pełen był podziwu dla kolegi „gdzieś z Polski”. Wyrzucił jakąś sprężynkę ze swego wnętrza i zasnął głęboko na rok, czyli do czasu naprawy. W takich to atrakcyjnych okolicznością jechaliśmy sobie godzin parę, a może nieco więcej. Kolejne stacje, kolejni ludzie w drzwiach i tylko ciekawski księżyc ten sam. Jego Ciekawość spoglądał na nas z korytarza, by już na kolejnym zakręcie przeskoczyć na drugą stronę i przytulić się do okna naszego przedziału. Oświetlał nas swoim sennym światłem, spoglądał w przymrużone oczy, a po chwili odpłynął w stronę grupki leniwych chmurek. Schował się za ich ciemnoszarą maską, jakby chciał się z nami bawić w chowanego. Widać on, jak i my, nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu.

Z księżycowej zabawy i zamyślenia wyrwało mnie zwalnianie pociągu, co oznaczało dojazd do kolejnego dworca. Oczy wszystkich, z wyjątkiem kolegi „gdzieś z Polski”, mówiły: znowu będzie cyrk z drzwiami w roli głównej. Flegmatycznie zapiszczały pociągowe koła ścierające się z szynami. I równie nagle nasz kolega „ gdzieś z Polski” zerwał się na równe nogi, jakby go prąd kopnął.

– Jaka to stacja – rzucił w nas pytaniem.

– Nie wiem – odpowiedział siedzący przy drzwiach Andrzej – można jednak wyjrzeć przez okno i zobaczyć.

Nasz kolega „gdzieś z Polski” był tak zaspany, że chyba nie do końca załapał znaczenie słów Andrzeja. Szybko opuścił okno i zapytał o to samo idącego po peronie.

– Chabówka – doszedł nas głos z peronu.

Po tych słowach nasz kolega „gdzieś z Polski” błyskawicznie zaczął zbierać swoje rzeczy wraz z plecakiem. Wrzucił szybko coś na siebie i wybiegł z przedziału. Rzucił jeszcze szybkie „do widzenia” i już go nie było. W przedziale zrobiło się nieco luźniej i swobodniej. Po chwili pociąg ponownie ruszył. Pomyśleliśmy sobie o spanku albo innej drzemce. W tym momencie drzwi się otworzyły, a w nich stanął nasz kolega „gdzieś z Polski”. Popatrzyliśmy na niego mocno zaskoczeni, a pytajniki w naszych oczach chórem chciały wyśpiewać zdziwienie i pytania. Kolega „gdzieś z Polski” ubiegł je wszystkie.

– Jak tam Chabówka. To dopiero… jajcarz jakiś z tego tubylca.

Całkowicie już wybudzony kolega „gdzieś z Polski” usiadł na swoim niedawno opuszczonym miejscu. Uśmiechnął się i już do samej Chabówki rozmawiał z nami. Dlaczego? NO BO Z NAMI NIE DA SIĘ NIE GADAĆ! Teraz dopiero, jak to zwykle z nami bywało, przedział wypełniły rozmowy, luz i śmiech (głównie niekontrolowany). I tak już do Chabówki było. Zresztą po Chabówce też się działo, czyli już do samego Zakopca przedział buchał śmiechem.

Poranek w Zakopanem przywitał nas pięknymi widokami i autobusem, który zabrał nas wraz z plecaczkami na przejście graniczne na Łysej Polanie. Komora celna, paszport, spojrzenie w oczy celników, krótkie pytania, pieczątka i już byliśmy w Czechosłowacji, a dokładniej w Słowacji. Krótki spacerek na przystanek (zastávka), oczekiwanie, piwko, oczekiwanie, autobus, asfalt, Tatry wkoło i… Stary Smokowiec (Starý Smokovec). Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít) i urokliwy budynek u podnóża. Wspaniałe!

Klapnęliśmy sobie w dworcowej knajpce i kontemplowaliśmy ten widok, nie myśląc wcale o wyjeździe do Nowej Leśnej (Nová Lesná). Po kilkunastu minutach głos dworcowego megafonu wyrwał nas z tego zamyślenia. Urwały się rozmowy. Czas jechać dalej. Patrząc na wagoniki kolei podmiejskiej, czyli słynnej Elektriczki (Tatranské elektrické železnice – električka), aż chciało się przejechać czymś tak fajnym. Poczuć coś innego niż przyzwyczajenia do zwykłego pociągu.

MOŻLIWE, ŻE NASTĘPNA CZĘŚĆ BĘDZIE NOSIŁA TYTUŁ: BAZA.

2 myśli na temat “SŁOWACJA – PIERWSZY RAZ

  1. Super opowiadanie. Poczułam się jakbym była wśród Was. Musisz pomyśleć o wydaniu książki Marku. Pewnie nie jeden góromaniak chętnie by poczytał i zaplanował swoje wojaże lub powspominał i porównał że swoimi. Czyta się te Twoje opowiadania bardzo dobrze i z zainteresowaniem.

    1. Dziękuję za tak miłe słowa, które cieszą, a jednocześnie są dłonią wskazującą kierunek.
      Jeszcze raz dziękuję i jestem ogromnie zadowolony, że tekst stał się swego rodzaju wehikułem czasu.Zapraszam jednocześnie do czytania kolejnych opowiadań wspomnieniowych.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz