SŁOWACJA – PIERWSZY RAZ

  1. Marzenia, jak wstęp

Trochę gór polskich zdeptałem, a ciągle było mi mało. Gdy zaczynałem „profesjonalne” chodzenie po górach nie wiedziałem jeszcze, że wciągną mnie i to tak bardzo. Już po powrocie z każdego wypadu myślałem o następnym. Często, a właściwie zawsze, w drodze powrotnej ustalaliśmy następny szlak do przejścia. Propozycji było kilka, może kilkanaście, a ich ilość zależała od wielkości paczki turystycznej wypełniającej wagon pociągu lub autobusu wiozącego nas do domu. Malowaliśmy w wyobraźni nasze szlaki prowadzące na szczyty w różnych pasmach. Krystalizacja planów następowała zazwyczaj dzień lub dwa przed wypadem. Zbierało się wówczas paczkę, ustalało się godzinę wyjazdu, która prawie zawsze była zgodna z rozkładem jazdy pociągów. I to wszystko. Zdarzało się, że już po ruszeniu pociągu zmienialiśmy zaplanowane wejścia i szlaki w myśl zasady: improwizacja jest matką cudowności. Tak to w skrócie wyglądało. Inaczej było, gdy górski wypad organizowało koło PTTK Fablok lub PTTK Chrzanów. Wszystko musiało być wcześniej zaplanowane i przygotowane. Nam pozostało tylko przyjść w ustalone miejsce na konkretną godzinę. I w drogę! Sudety, Beskidy, Tatry, Bieszczady czekały. Te góry zawsze chętnie nas przyjmowały i to bez względu na pogodę. Zresztą z pogodą jest, jak z koniem, każdy widzi, jaka jest. Dla nas zawsze była dobra albo odpowiednia! Górom i pogodzie odpłacaliśmy się zachwytem, luzem, śmiechem, czyli życiem i chyba, dlatego nas często zapraszały. Ta nierozerwalna para, czyli góry i pogoda, czuła nasze zmęczenie na szlakach, słyszała nasze narzekania na upierdliwym lub nudnym podejściu, ale nie przejmowała się tym. Wiedziała bowiem, że zmienimy się na szczycie. Nasze malutkie narzekania zastąpi zachwyt i radość z wejścia, widoków i towarzystwa. Podziwiając panoramy lub patrząc w okna schronisk, marzyliśmy o Słowackich Tatrach. Dziwnie brzmią takie marzenia? Dzisiaj jest to nawet śmieszne! Dzisiaj bez problemu mogę pojechać sobie na przykład do Zuberca, „zrobić” Rohacze (Roháče), a wieczorkiem wrócić do domu. Tak samo Polski Grzebień (Poľský hrebeň) jest dzisiaj w zasięgu jednodniowego wypadu. Problemu nie ma i dlatego fajna jest ta dzisiejsza normalność.

Czy warto marzyć? Nie tylko warto, ale nawet trzeba! Marzenia spełniają się, jeśli bardzo tego chcesz! Potwierdzeniem tego była wiadomość o szansie na grupowy wyjazd w Tatry Słowackie. Koło PTTK Fablok w jakiś sobie znany sposób przekonało krakowskich przewodników (takie coś znamiona cudu miało), żeby po słowackiej stronie „nadzorowali” i pilotowali chrzanowską grupę. Z przewodnikami mieliśmy się spotkać w Nowej Leśnej (Nová Lesná), czyli w naszym punkcie noclegowo wypadowym. Wydawać by się mogło, że było łatwo, pięknie i wszystko grać powinno. Niby tak, ale dzieści lat temu nie było to tak oczywiste. Aby tam dotrzeć trzeba było najpierw załatwić wiele spraw, z których rzeczą najistotniejszą był paszport. Otrzymanie go wcale nie było taką pewną sprawą. Istniało ryzyko, że władza może wstrzymać jego wydanie i… po marzeniach. W moim i brata przypadku takie niebezpieczeństwo było, ponieważ nasi rodzice byli kiedyś w AK. Gdyby tak nasze wnioski paszportowe trafiły na jakiegoś nadgorliwego ideowca, któremu nie spodobałaby się taka przeszłość… Ale, co tam. Chwała rodzicom. Nadzieję mamy i czekamy. A skoro moja żona Basia mówi „będzie dobrze”, więc wszystko udać się musi. Czas oczekiwania na decyzję urzędową wypełniało nam zdobywanie informacji typu: co można wziąć ze sobą do plecaka, czyli co można przewieźć przez granicę i w jakich ilościach. Te i inne rzeczy z zakresu organizacji pobytu, logistyki, żywienia oraz spraw celnych trzeba było ustalać na kilku spotkaniach w kole turystycznym. Wiele godzin przesiedziało się przy tych rzeczach i stołach. Dzięki temu mieliśmy okazję spotkać się twarzą w twarz, pogadać oraz wymienić się pozyskanymi informacjami. Czy można było inaczej? Raczej nie. Telefonów komórkowych nie było, a Internet jeszcze się nie narodził, więc pozostało tradycyjne spotkanie face to face, jakby to dzisiaj powiedziano.

Tak po latach myślę, że ten wyjazd przyczynił się do polubienia Słowacji i jej mieszkańców.

2. Wyjazd

Wszystko ustalone, a więc spotykamy się na dworcu kolejowym w Chrzanowie i jedziemy do Krakowa. A tam wraz z naszymi maleńkimi, jak szafa trzydrzwiowa plecaczkami, pakujemy się do pociągu. Kierunek Zakopane. Nie mieliśmy miejsc rezerwowanych, więc z plecakowym garbem wędrowaliśmy korytarzem Pullmana w poszukiwaniu wolnych miejsc. Ku naszemu zaskoczeniu wcale nie było tak źle, jak „wroga propaganda” podawała. Pociąg ruszył przed północą. W naszym przedziale jedno miejsce zajmował już młody, który wsiadł chyba na jednej z wcześniejszych stacji, czyli jechał kolega gdzieś z Polski. Spał jak zabity. Ani wrzucanie plecaków na półki, ani nasze głośne szepty nie ruszały go. Może miał takie postanowienie, że bez względu na wszystko musi przyjechać rano do Zakopca całkowicie wyspany. Może planował, jakieś poważniejsze przejście z samego rańca i chciał się wyspać maksymalnie. Nie chcąc mu przeszkadzać, przymknęliśmy oczy wraz z ustami. Czekaliśmy na sen. Usypiała nas żelazna kołysanka nucona przez tory i koła wagonów. Rytmiczny, monotonny stukot przywoływał sen, drzemiący gdzieś tam za czarnymi szybami. Chyba jednak nie słyszał tego wołania. Nie poczuliśmy jego wjazdu do wagonu. A może już w nim był? Może w całości pochłonął go kolega „gdzieś z Polski” i dla nas już nie wystarczyło. A może to oczekiwanie na spełnienie naszych marzeń nie pozwalało nam zasnąć. Męczarnie senno coś tam, coś tam, sprawiły, że jedną nogą byliśmy w świecie snu prowadzącego nas po graniach Słowackich Tatr, a drugą nogą utknęliśmy w rzeczywistości wrzeszczącej zgrzytem hamulców, kół i torów na każdej stacji. Takie pobudkowo-kolejowe atrakcje pojawiały się na każdej stacji, a ona z kolei wzbogacała je o inne sobie tylko przypisane. Chwilę po każdym zatrzymaniu się pociągu otwierały się drzwi naszego przedziału i Ktoś pytał, czy są wolne miejsca. Nasze głowy pokręciły się parę razy w lewo i prawo, dając bezgłośna odpowiedź. Dla sprawdzenia Ktoś omiótł nas wzrokiem, rzucił okiem na kanapy, a nawet plecaki szczelnie wypełniające półki bagażowe, po czym z nerwowym trzaskiem zasuwał drzwi. Za każdym razem patrzyliśmy w kierunku odchodzącego trzaskacza drzwiowego, a po chwili spoglądaliśmy na siebie, by ze stoickim spokojem powiedzieć: co za burak. A nasz kolega „gdzieś z Polski” ani drgnął w swoim śnie. Wyłączony nasłuch rzeczywistości nie zaprzątał mu głowy tymi wątpliwymi atrakcjami. Nawet zepsuty zamek w drzwiach pełen był podziwu dla kolegi „gdzieś z Polski”. Wyrzucił jakąś sprężynkę ze swego wnętrza i zasnął głęboko na rok, czyli do czasu naprawy. W takich to atrakcyjnych okolicznością jechaliśmy sobie godzin parę, a może nieco więcej. Kolejne stacje, kolejni ludzie w drzwiach i tylko ciekawski księżyc ten sam. Jego Ciekawość spoglądał na nas z korytarza, by już na kolejnym zakręcie przeskoczyć na drugą stronę i przytulić się do okna naszego przedziału. Oświetlał nas swoim sennym światłem, spoglądał w przymrużone oczy, a po chwili odpłynął w stronę grupki leniwych chmurek. Schował się za ich ciemnoszarą maską, jakby chciał się z nami bawić w chowanego. Widać on, jak i my, nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu.

Z księżycowej zabawy i zamyślenia wyrwało mnie zwalnianie pociągu, co oznaczało dojazd do kolejnego dworca. Oczy wszystkich, z wyjątkiem kolegi „gdzieś z Polski”, mówiły: znowu będzie cyrk z drzwiami w roli głównej. Flegmatycznie zapiszczały pociągowe koła ścierające się z szynami. I równie nagle nasz kolega „ gdzieś z Polski” zerwał się na równe nogi, jakby go prąd kopnął.

– Jaka to stacja – rzucił w nas pytaniem.

– Nie wiem – odpowiedział siedzący przy drzwiach Andrzej – można jednak wyjrzeć przez okno i zobaczyć.

Nasz kolega „gdzieś z Polski” był tak zaspany, że chyba nie do końca załapał znaczenie słów Andrzeja. Szybko opuścił okno i zapytał o to samo idącego po peronie.

– Chabówka – doszedł nas głos z peronu.

Po tych słowach nasz kolega „gdzieś z Polski” błyskawicznie zaczął zbierać swoje rzeczy wraz z plecakiem. Wrzucił szybko coś na siebie i wybiegł z przedziału. Rzucił jeszcze szybkie „do widzenia” i już go nie było. W przedziale zrobiło się nieco luźniej i swobodniej. Po chwili pociąg ponownie ruszył. Pomyśleliśmy sobie o spanku albo innej drzemce. W tym momencie drzwi się otworzyły, a w nich stanął nasz kolega „gdzieś z Polski”. Popatrzyliśmy na niego mocno zaskoczeni, a pytajniki w naszych oczach chórem chciały wyśpiewać zdziwienie i pytania. Kolega „gdzieś z Polski” ubiegł je wszystkie.

– Jak tam Chabówka. To dopiero… jajcarz jakiś z tego tubylca.

Całkowicie już wybudzony kolega „gdzieś z Polski” usiadł na swoim niedawno opuszczonym miejscu. Uśmiechnął się i już do samej Chabówki rozmawiał z nami. Dlaczego? NO BO Z NAMI NIE DA SIĘ NIE GADAĆ! Teraz dopiero, jak to zwykle z nami bywało, przedział wypełniły rozmowy, luz i śmiech (głównie niekontrolowany). I tak już do Chabówki było. Zresztą po Chabówce też się działo, czyli już do samego Zakopca przedział buchał śmiechem.

Poranek w Zakopanem przywitał nas pięknymi widokami i autobusem, który zabrał nas wraz z plecaczkami na przejście graniczne na Łysej Polanie. Komora celna, paszport, spojrzenie w oczy celników, krótkie pytania, pieczątka i już byliśmy w Czechosłowacji, a dokładniej w Słowacji. Krótki spacerek na przystanek (zastávka), oczekiwanie, piwko, oczekiwanie, autobus, asfalt, Tatry wkoło i… Stary Smokowiec (Starý Smokovec). Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít) i urokliwy budynek u podnóża. Wspaniałe!

Klapnęliśmy sobie w dworcowej knajpce i kontemplowaliśmy ten widok, nie myśląc wcale o wyjeździe do Nowej Leśnej (Nová Lesná). Po kilkunastu minutach głos dworcowego megafonu wyrwał nas z tego zamyślenia. Urwały się rozmowy. Czas jechać dalej. Patrząc na wagoniki kolei podmiejskiej, czyli słynnej Elektriczki (Tatranské elektrické železnice – električka), aż chciało się przejechać czymś tak fajnym. Poczuć coś innego niż przyzwyczajenia do zwykłego pociągu.

3. Baza

Bazą dla całej naszej wycieczki była mała miejscowość Nowa Leśna (Nová Lesná). Naszą paczkową grupkę ulokowano w domku wynajmowanym od przemiłych Słowaków. Tam też była nasza „rejonowa” mini baza. W ujęciu mentalnym była to nasza wielka pogodna baza ludzi pozytywnie zakręconych. Była ona dla nas miejscem, w którym nie tylko się śpi, by rano ponownie wyjść w góry, a wieczorem się wrócić. Baza nie była wyłącznie przytulnym ciepłem z łóżkiem wewnątrz ani też kuchnią dająca nam jeść i prysznicem zmywającym spocony kurz całego dnia. Na pewno nie była też sterylnym pokojem hotelowym pozbawionym duszy. Czym, więc była ta nasza baza? Było w niej mało przestrzeni gdzie smutki, mogłyby się zagnieździć, a jej ogromna otwartość na ludzkie radości wypełniała serca i mentalne terytorium. Moja baza to ludzie, atmosfera, szczere rozmowy, wspólne tworzenie i jedzenie posiłków, radość przebywania z innymi, wygłupy, żarty, śmiech i jeszcze, jeszcze więcej. Baza to punkt, do którego chcesz wracać, nie opuszczając gór. Baza to magnes przyciągający wszystkie osoby tworzące jej klimat. Baza to stół, przy którym uwielbiamy marzyć, planować, wspominać szlaki i zdarzenia, śpiewać i patrzeć na swoje promieniujące szczęściem twarze. Właśnie dla tych głównych dań przychodzimy do bazy, przynosząc różne przystawki z naszych charakterów. W takiej bazie i w naszych głowach stół nasz zawsze był okrągły. Czasem przybierał formę ściętego drzewa leżącego na pachnącej trawie, a innym razem był twardym i mokrym kamieniem, albo deskami ławy lub namiotem bez hotelowych wygód. Bazę, chociaż jest czymś ulokowanym w świecie materialnym, my swoją obecnością wypełniamy czymś mistycznym, tworząc z niej nasz turystyczny raj.

W naszym domku zebrała się paczka będąca mieszanką wieku, górskiego doświadczenia, płci, charakterów i wielu innych rzeczy. Byliśmy jak różne nuty na pięciolinii zbudowanej z miłości do gór, poczucia humoru, wytrwałości i chęci przebywania ze sobą. Każdy dzień był swoistą symfonią stworzoną na podstawie tego, co nam w duszach grało. W takiej grupie nawet ściany są z twojego towarzystwa, okna twoimi oczami, a kuchnia lub inne ognisko jest najwspanialszą knajpką pod słońcem.

Przypadł nam pokój na piętrze. Pokój, a w nim łóżka, okna, światło i my, czyli Andrzej, Jacek, Stefan i ja. Dobry zespół. Żadnego smutasa! Da się żyć! Toaleta też była w porządku, a jej największym walorem było okno skierowane na Tatry. Tak, można się było skupić wspaniale. Jadalnia w piwnicy była zbyt duża jak na nasze potrzeby. Mogła pomieścić całą naszą wycieczkową grupę, co parokrotnie zostało wykorzystane na spotkania ogólnogrupowe.

Poranki były podobne do poranków w wielu poprzednich bazach. Toaleta, śniadanie na teraz, śniadanko na szlak, pakowanie plecaków, kawa, herbata, a w tak zwanym międzyczasie rozmowy, żarty, śmiechy i… w drogę. A droga poranna zawsze była jedna – z domku na stację elektriczki (Tatranské elektrické železnice – električka). Nasz ulubiony środek lokomocji wiózł nas do jakiejś stacji, a stamtąd w góry. Na elektriczkę przychodziliśmy przeważnie na czas albo na tak zwany styk. Zdarzyło się jednak ze dwa razy biec z plecakami, aby zdążyć przed jej odjazdem. Może to dziwne, ale w drodze ze stacji do bazy nigdy nam się tak bardzo nie spieszyło. Spacerek do pokoju zawsze był spokojny, a rzekłbym nawet dostojny. Każdy krok, jak słowo w mowie obrońcy, był przemyślany, aby uniknąć potknięcia skazującego nas na upadek. Niezorientowani mówili, że to wynik dużego zmęczenia. My jednak wiedzieliśmy, że nie je to tak, jak mawiali Słowacy. Ta siła spokoju w każdym ruchu wynikała z przesycenia naszych mięśni wspomnieniami ze szlaku i chęcią powrotu. Nikt nie narzekał, a wręcz odwrotnie. Uśmiechnięte twarze spalone słońcem i wiatrem wypełnione włosy potwierdzały nasze prawdy. To było cudowne uczucie! Warto było! Warto będzie także jutro i pojutrze.

A wieczorem tyle się działo w naszej małej bazie, czyli bazuni, że szkoda było spać. Kawa, opowiadania szlakowe, śmiechy, tubylcze piwo i…nie wiadomo kiedy północ nas zastała. Kładliśmy się późno i bardziej z przymusu niż z senności wtulaliśmy się w poduszki. Spaliśmy krótko i intensywnie, czyli miejsce w miejsce, by rano znowu być w formie i jak zwykle wszystko robić biegusiem. Czas rankiem biegnie o wiele szybciej niż w pozostałej części dnia, więc trzeba było w nim umieścić wszelkie niezbędne czynności. Najciekawsze było to, że my faceci wszystkie czynności poranne robiliśmy sprawnie i w czasie. Natomiast nasze koleżanki przeważnie, a właściwie zawsze, robiły wszystko na styk. Dlaczego tak było? Męska teoria, jako głównego winowajcę wskazywała lustro, będące podstawowym pożeraczem porannego czasu kobiecego. Koleżanki natomiast mówiły coś zgoła innego. Ich najprawdziwsza z prawd wszelkich, mówiła coś o bardzo dokładnym planowaniu. Kobiety, jak codziennie koleżanki powtarzały, nie marnują porannego czasu tak, jak my. Taki facet, jak twierdziły, obudzi się, stanie na środku pokoju ziewając bez końca, drapie się długo po głowie i nie tylko, patrząc długo i bezcelowo w bliżej nieokreślony punkt. Robi też inne bezcelowe rzeczy, jakby szukał wczorajszego dnia albo innych skarpetek mających moc znikania nie wiadomo gdzie. Dodatkowo przekonywały, że one bardzo dokładnie planują czas pomiędzy wstawaniem a wyjściem na stację, ponieważ chcą go do maksimum wypełnić czynnościami wyłącznie niezbędnymi. A lustro? Lustro jest dla nich ekranem-oazą spokoju i wyciszenia, które przypływają w trakcie bezgłośnej rozmowy z mądrą osobą będąca po drugiej stronie. Trudno z nimi o tym dyskutować i tak zawsze staliśmy na straconej pozycji. Cóż, każdy swoje prawdy ma i już. A tak naprawdę my, czyli męska część paczki, codziennie rano otwieraliśmy oczy, wstawaliśmy i na wpół śpiąco szliśmy do toalety, by „spełnić swój obowiązek”. I w tym miejscu, i w tym czasie następowało głębokie przebudzenie. Metoda wstrząsowo-toaletowa natychmiast stawiał nas na nogi. Ktoś sprytny zainstalował ubikację tuż pod niskim skośnym sufitem. Nie było poranka, aby ktoś z naszego pokoju nie walnął głową w ten skos i to tuż przed poranną i wymaganą czynnością fizjologiczną. Dał się wtedy słyszeć mały, miękki huk i również małe, miękkie i ciche przekle… no powiedzmy niezadowolenie. Taką złość natychmiast łagodził, a nawet w radość zamieniał, widok na Sławkowski Szczyt (taka mała radość o poranku). Trzeba przyznać, że to wstrząsowe wybudzenie dawało nam porannego kopa i nic nas już nie było w stanie zaskoczyć.

Ktoś kiedyś powiedział, że baza jest miejscem, w którym coś się zaczyna i coś się kończy. Ja tak nie myślę. Dla mnie w bazie zawsze coś się tylko rozpoczyna. Zaczyna się planowanie na jutro, zaczyna się wiele początków przyszłych wypraw, zaczynają się wspomnienia, zaczynają się przyjaźnie i zaczyna się wyjście na szlak. À propos wyjścia na szlak. Wieczorkiem któregoś dnia górskiego w naszej małej grupce zaplanowaliśmy sobie taki pozagórski szlaczek. Jego realizacja wymagała jednak wcześniejszego niż zwykle wyjścia z bazy tak, aby zdążyć na wczesną elektriczkę. Rano jeszcze przed czasem wyszliśmy na ścieżkę prowadzącą do stacji. Chcieliśmy sobie tak na spokojnie iść i podziwiać Tatry. Luzik. Idziemy powoli z nogi na nogę. Nie spieszymy się. Wackowi dajemy przez to czas na dogonienie nas (nie mógł wyjść razem z nami, bo coś go w pokoju zatrzymało). Idziemy całkiem spokojnie, jakbyśmy pili trzecią kawę. Dochodzimy do fusów, to znaczy do stacji, a Wacka nie ma. Za chwilę elektriczaka będzie wjeżdżała, a Wacka nie widać! Jedziemy bez niego? Jak nie wsiądziemy do elektriczki to nie zdążymy na autobus do Liptowskiego Mikulasza. Jedziemy? Nie, nie jedziemy bez Wacka. Pojedziemy następną, a później jakoś sobie poradzimy, czyli będziemy improwizować. Jeszcze jedno spojrzenie na ścieżkę z nadzieją… i jest, jest Wacek, biegnący Wacek. Plecak na nim podskakiwał niczym garb na wielbłądzie. Czerwony przewodnicki sweter chyba ze zmęczenia przybrał kolor mocno, mocno bordowy i zarażał nim twarz. Tylko broda swoje barwy zachowała, podobnie zresztą, jak szalejące na głowie mokre włosy. Chęć zdążenia na elektriczkę mocno pchała Wacka w naszym kierunku. Patrzyliśmy na jego zmagania z czasem, zmęczeniem i rozbujanym plecakiem. Zdąży? Nie, nie ma prawa. A może jednak. Nie, nie ma szans. Zza zakrętu wyjechała elektriczka. Patrzymy na nią i na Wacka porównując szybkość torowego węża z galopem Wacka. Wszystko na to wskazywało, że ten wąż będzie szybszy. Wjeżdża na stację, zatrzymuje się, drzwi otwiera. Zaprasza nas do środka. Wackowi na ten widok włączyło się turbodoładowanie. Popatrzyliśmy na siebie i… nasz wzrok z zawadiackim uśmiechem zdawał się mówić: ma szansę, jak mu pomożemy. Co prawda nie mogliśmy biec za niego, ale możemy spróbować opóźnić odjazd pociągu. Bazowa paczka wszystko dla Wacka zrobi. W tym duchu wchodziliśmy do przedziału tak wolno, że prawdopodobnie ślimak by nas wyprzedził. Po chwili na twarzy stojącego w drzwiach konduktora pojawiło się, delikatnie rzecz ujmując, zniecierpliwienie. Nie mogliśmy dopuścić do dużego zdenerwowani, więc gwałtownie i równocześnie przyspieszyliśmy ze Stefanem wchodzenie. Dzięki temu zabiegowi udało nam się zablokować w drzwiach. Plecaki lekko się spięły, chwila szamotaniny, kłopotliwe rozdzielanie plecaków (a sekundy lecą) i przepraszający uśmiech skierowany w stronę konduktora. Jakoś udało nam się wejść do środka. Nagle powstało zamieszanie i błaganie konduktora, aby poczekał jeszcze chwilę, bo koleżanka zostawiła na peronie torebkę ze śniadaniem. Nie czekając jego pozwolenie, Bogusia błyskawicznie wysiadła, a tylko po to, by jeszcze wolniej wchodzić ze śniadankiem do przedziału. A tu jeszcze but na schodkach się rozwiązał, więc sznurowała go bardzo dokładnie (sekundy lecą, a Wacek coraz bliżej). Jacek, widząc problemy Bogusi, wysiadł i z pełną kulturą i równie wielkim szacunkiem pomógł jej w tej operacji. Wacek miał już naprawdę blisko. Słychać było jego przyspieszony oddech. Odczuwalne było także delikatne drżenie ziemi przy każdym jego stąpnięciu. Konduktor nie wytrzymywał już tych naszych kombinacji. Widać było, że nerwy mu puszczały i już chciał dać znak odjazdu, gdy nagle w akcie rozpaczy krzyknąłem:

– Prezesie! Prezesie, szybciej! Rusz to swoje dupsko!

I to był strzał w dziesiątkę! Konduktor nagle zmienił twarz i jak mim zawodowy zrzucił maskę zdenerwowania, a na jej miejsce nałożył służbową z makijażem powagi. Wyprostował się, poprawił marynarkę, cierpliwie popatrzył w stronę galopującego „Prezesa”. A gdy już jego drżące ze zmęczenia nogi stanęły na pokładzie, pan konduktor z wielkim namaszczeniem dał znak do odjazdu. Wacek kiwnął kilka razy głową w jego stronę, dziękując mu za cierpliwość. Nie mógł podziękować inaczej. Płuca zajęte łapaniem powietrza nie pozwoliły kratami na słowne zabawy dziękczynne. Konduktor zrozumiał, uśmiechnął się i delikatnie skinął głową w stronę „Prezesa”. Popatrzył także na nas, pokręcił głową z uznaniem, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Odchodząc, jeszcze raz głową pokręcił, obejrzał się, a koleżanka mrugnęła do niego okiem. Jego uśmiech zrobił się jeszcze większy i cieplejszy. Patrząc na niego, szepnęliśmy mu wzrokiem wielkie: DZIĘKUJEMY. W podobny sposób, ale już w wersji głosowej, przeprosiliśmy pasażerów w naszym przedziale. Ich uśmiechnięte twarze wydawały się mówić: nic się nie stało, fajnie było na to popatrzeć. Wspaniali ludzie. Zmęczenie wcisnęło, a właściwie wessało Wacka w plastikowy fotelik. Kobieta siedząca naprzeciwko patrzyła na niego z podziwem. Z torebki wyciągnęła torebeczkę z cukierkami i poczęstowała naszego „Prezesa”. To się nazywa pomoc! Wacek włożył do buzi ożywczego cukierka i prawie natychmiast odzyskał normalny oddech.

– Dziękuję Pani – powiedział spokojnie, a zwracając się do nas, zapytał – jak to zrobiliście.

– Paczka cię uratowała, a szczegóły opowiemy przy piwie – odpowiedział Stefan.

– Ta bazowa – ktoś jeszcze dopowiedział

Nic dodać, nic ująć. Można rzec: prawda czasu, prawda ekranu.

BAZA TO NIE DACH NAD GŁOWĄ. BAZA TO GRUPA LUDZI Z PASJĄ I EMPATIĄ! BAZA TO LUDZIE UMIEJĄCY ŚMIAĆ SIĘ Z SIEBIE, A GDY ZAJDZIE POTRZEBA, PODADZĄ CI RĘKĘ I TO NIEJEDNĄ. Przekonałem się o tym wielokrotnie w następnych latach.
Następny rozdzialik będzie chyba po wakacjach.

2 myśli na temat “SŁOWACJA – PIERWSZY RAZ

  1. Super opowiadanie. Poczułam się jakbym była wśród Was. Musisz pomyśleć o wydaniu książki Marku. Pewnie nie jeden góromaniak chętnie by poczytał i zaplanował swoje wojaże lub powspominał i porównał że swoimi. Czyta się te Twoje opowiadania bardzo dobrze i z zainteresowaniem.

    1. Dziękuję za tak miłe słowa, które cieszą, a jednocześnie są dłonią wskazującą kierunek.
      Jeszcze raz dziękuję i jestem ogromnie zadowolony, że tekst stał się swego rodzaju wehikułem czasu.Zapraszam jednocześnie do czytania kolejnych opowiadań wspomnieniowych.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz