WOREK BIESZCZADZKI

          Wylądowaliśmy w czerwcu któregoś roku w Wetlinie, w Bieszczadach. Po raz pierwszy wraz ze Stefkiem mieliśmy okazję przez kilka dni mierzyć się z górami i sprawdzać swoje możliwości. Przy tej okazji mogliśmy także sprawdzić, na jakiej pozycji w peletonie turystów pieszych dotrzemy do mety – dnia ostatniego. Przyznam, że towarzyszyły nam pewne obawy, przecież mieliśmy chodzić z kwiatem regionalnej turystyki. Na tym tle ja i Stefan wyglądaliśmy gorzej niż żółtodzioby, ale nic to, nie poddamy się bez walki. Postanowiliśmy wrzucić na luz i kompletnie niczym się nie przejmować. Wieczorem na imprezie rozpoznawczo-zapoznawczej dostąpiliśmy zaszczytu posłuchania wspomnień starych wyg turystyki. Ich opowiadania, może trochę koloryzowane, chłonęliśmy całym ciałem, a szczególnie nogami, które w pewnych momentach miały bardzo napięte mięśnie, a stopy już prawie bolały od otarć. Na szczęście bąble nie wyskoczyły, ponieważ skutecznie, ale w miarę delikatnie znieczulaliśmy ciało i duszę kawą i innymi napojami. Byliśmy w tym ostrożni, by jutro nie dać plamy. Padnięcie nazajutrz na twarz w takim towarzystwie byłoby wstydem wielkim i mogło skończyć się wiekuistym wyklęciem z bractwa. Dzisiaj wydaje się to niemożliwe, ale wtedy może i tak myśleliśmy, a może nie. A może to była nasza taktyka. Nie mieliśmy się tak naprawdę czego bać, ponieważ nim tutaj przyjechaliśmy, Andrzej nas przetrenował i wielokrotnie w ciągu poprzednich trzech, czterech miesięcy sprawdził w Beskidach, poniewierając nas po różnych podejściach i w różnych warunkach. Poddawaliśmy się temu bez zbędnych narzekań, a wszystko po to, by wejść na pierwszy szczebel i piąć się dalej, i dotrzeć do wysokiej grzędy zarezerwowanej tylko dla tych „naj”.
Rano przywitała nas piękna pogoda, co uznaliśmy za dobry znak. Plecaki spakowane, nogi i buty przygotowane do deptania Bieszczadów, psychika w porządku i taktyka ustalona. Jeszcze przed wyjściem uzgodniliśmy ze Stefkiem, że nie pójdziemy na końcu ani na początku, lecz będziemy się starać utrzymywać mniej więcej w środku całej grupy, której celem było zaliczenie Worka Bieszczadzkiego, cokolwiek by to znaczyło, musimy to przejść. Tuptaliśmy sobie spokojnie, połykając kolejne kilometry, minuty i godziny. Słońce wspinało się wraz z nami coraz wyżej i rozpuszczało nam gdzieniegdzie zgromadzone małe ilości tłuszczyku. Pociliśmy się niemiłosiernie, z czego niezbyt zadowolona była flanelowa koszula splamiona zmęczeniem klejącym ją do ciała. Zgodnie z obraną taktyką, czyli w połowie grupy wdepnęliśmy na Halicz, gdzie zarządzono odpoczynek i posiłek. Ktoś rzekł: „Jedzmy i pijmy, a plecaki będą lżejsze”. Ktoś inny dodał: „A brzuchy cięższe”. Poleżeliśmy sobie trochę brzuszkami do góry, by jedzonko rozłożyło się równomiernie. Wykorzystując chwilę luzu, wymieniliśmy ze Stefkiem kilka uwagi stwierdziliśmy, że nie jest z nami tak źle, więc możemy się lekko przesunąć do przodu grupy. Przedeptaliśmy Kopę Bukowską, pchając się w kierunku Krzemienia, a słońce grzało jak oszalałe. Uparło się ono chyba na nas, jakby nie chciało, byśmy zdali ten pierwszy i najpoważniejszy egzamin. Gorące promienie wślizgiwały się w nawet w najbardziej zakryte miejsca, powodując wrzenie całego ciała. Oczy zalewały wodospady potu, drażniąc spojówki i źrenice, co przyspieszało uderzanie powiek i falowanie zlepionych rzęs. Po kręgosłupie ściekały monsunowe potoki kierujące się zgodnie z prawami grawitacji w dół, rozdzielając się nieco na poszczególnych kręgach i łącząc się ponownie w dolinkach pomiędzy nimi. W delcie tuż przed ostatnimi kręgami zbierały się wszystkie strumienie, by w sposób uporządkowany odpłynąć dalej, aż do butów, gdzie tworzyły naturalne bezodpływowe zbiorniki. Temperatura w cieniu wynosiła dobrze ponad 30 parę stopni, a myśmy szli w odkrytym terenie. Ten upał osłabił nawet wiatr, który gdzieś zniknął i nie chciało mu się nam pomagać. Jako jedni z pierwszych dotarliśmy do Krzemienia, gdzie planowaliśmy poczekać na resztę i już przymierzaliśmy się do klapnięcia i dania odpoczynku wszystkim członkom, ale Andrzej nie pozwolił nam na to, mówiąc:
– Na dole pod Tarnicą jest źródełko, może nie wyschło. Zejdźmy tam szybko, bo nie mamy już nic do picia. Lepiej, jeśli napijemy się jak najszybciej, bo…
Coś jeszcze tam mówił, ale zmęczenie i upał wyłączyły błonę, kowadełko i coś tam jeszcze w uszach, a w głowach jakiś dzwon z oszalałym sercem wołał „leżeć, leżeć, leżeć!”. I zapewne poddalibyśmy się jego błagalnym nawoływaniom, gdyby ktoś resztką sił nie wyszeptał:
– Cholera, my tu padamy, a w Ustrzykach może braknąć piwa!
To nas otrzeźwiło, dało kopa jak jakiś super anabolik i natychmiast z kopyta ruszyliśmy do przodu. Oddalaliśmy się od szczytu i gdzieś tam idącej z tyłu grupy, jak francuskie TGV. Nikt nie wie, jak szybko zbiegliśmy do źródełka, które w jeszcze szybszym tempie osuszyliśmy. Spojrzenie na zegarek i orzeźwiony okrzyk „Do wyczapu!” podziałał na nas jak koks na sprintera. Kilka chwil i byliśmy w gęstym lesie zakrywającym to wściekłe słońce, które mogło nas teraz pocałować tam, gdzie podobno nie dochodzi. Kojący cień drzew był naszym sprzymierzeńcem, a byliśmy tak nagrzani, że spadający liść lub igła więdły, nim nas dotknęły. Wilgotna ziemia w zetknięciu z naszymi protektorami natychmiast twardniała jak wypalona cegła, przybierając ich kształt. W takim klimacie w ciągu może trzydziestu, czterdziestu minut przebyliśmy przyjazny las i stanęliśmy na jego skraju, gdzie czekał na nas autobus. Jakież było nasze zdziwienie, gdy popatrzyliśmy w górę na niebo, po którym szybko przesuwała się ołowiana chmura. Zdążymy dojść do wyczapu przed zapowiadającą się ulewą, czy, wsiadamy do autobusu, czekając na resztę. Nogi wybrałyby tę drugą opcję i już prawie chciała się do tego przychylić reszta ciała, gdy jak mantra znowu zabrzmiało: „a w wyczapie braknie piwa, a w wyczapie braknie piwa, a w wyczapie…”.
– A niech nawet powódź będzie, nie czekamy. Idziemy jak najszybciej – rzucił lekko zdyszany jeden z kolegów.
Nogi zgłupiały, gdy taki rozkaz usłyszały, kręciły się bez celu to w jedną, to w drugą stronę, aż w końcu włączył im się czwarty, a może nawet i szósty bieg. W niesamowicie krótkim czasie znaleźliśmy się na progu wyczapu, a po jego przekroczeniu ściana wody zwaliła się na wszystko. Nic to, staliśmy już w kolejce do raju z językiem zeschniętym na wiór i oczami zmęczonego maratończyka. Nie było siły, by powiedzieć, co i ile każdy z nas chce. Pokazaliśmy tylko cztery palce, a rozdający napój bogów wiedział, że po cztery. Pierwsze dwa kufle były chyba bardzo płytkie, bo ich zawartość niknęła natychmiast po przyłożeniu do ust. Organizm chłonął ten nektar jak wysuszona gąbka. Dopiero trzeci kufel pozwalał się delektować boskim smakiem ówczesnego Leżajska. Po całym ciele i wszystkich jego zakamarkach rozchodził się błogi smak lenistwa i pierwsze oznaki małej nirwany, a wokoło niebo wściekało się na nas, a w każdym grzmocie było słychać „ja wam jeszcze pokażę, jasna cholera, ja wam jeszcze pokażę!”. Każdą kroplą, by nas dorwać, jak pocisk uderzała w dach wyczapu, ale nie dawała mu rady. Nasza siła spokoju niczym żelbet najwyższej jakości wzmacniała jego deski pokryte papą.
I tak ponad godzinę wśród wielu tubylców oddawaliśmy się celom wyższym w oczekiwaniu na resztę grupy, martwiąc się jednocześnie, czy wystarczy dla nich jeszcze tego płynu z Leżajska. I zaczęli dochodzić. I przyszedł w końcu naczelny smakosz piany i tego, co pod nią,
i stanął przed ladą, i chciał zamówić, i otworzył usta, by dźwięki wydać, i już czuł smak w przełyku, i już się oblizywał…
– Nie ma, brakło – rzekł znudzony rozdający.
Zdziwione oczy smakosza błagalnie spojrzały po sali. I wstaliśmy we czwórkę, i zaprosiliśmy do stołu, i oddaliśmy mu swoje. Jakaż radość go przepełniła! A my byliśmy dumni ze spełnienia dobrego uczynku.

11 myśli na temat “WOREK BIESZCZADZKI

  1. Bardzo ciekawy opis, barwny i dynamiczny przy tym zachowawczy, wyważony humor. To oddaje Twój charakter 🙂 Pozwala przywołać podobne przeżycia z wypraw górskich chociaż nie ubrałabym ich tak dobrze w słowa jak tutaj.
    Super, czekam na kolejne opisy 🙂

    1. Dziękuję za przeczytanie wspomnieniowego opowiadania oraz za tak ciepły komentarz, który jest dla mnie także swego rodzaju dopingiem.
      Trochę chodziłem po różnych miejscach, a więc opisy powstaną na pewno.

  2. Jak dobrze przeczytać coś co nie jest DOKUMENTACJĄ TECHNICZNĄ, lub SPECYFIKACJĄ TECHNICZNĄ mimo, że
    turystyka górska jest dla mnie opowieścią SCIENCE FICTION przeczytałem z ogromną przyjemnością, zazdroszcząc odrobinę fantastycznych przygód na górskich szlakach. Mam nadzieję, że opiszesz jeszcze kilka swoich wypraw, czym zachęcisz nas wszystkich do dołączenia do grupy MIŁOŚNIKÓW GÓR I PIWA.

    1. Cieszą mnie Twoje słowa, a najbardziej to, że miałeś chwilę przyjemności i oderwania od czysto technicznych rzeczy. Zawsze to jakaś przerwa i przeniesienie się gdzie indziej.
      Worek Bieszczadzki to pierwsze wspomnieniowe opowiadanie, kolejnym jest Babia Góra, a piszę się Polski Grzebień. Będą także Dolinki Podkrakowskie, inne mniejsze górki i coś jeszcze. Jeżeli uda się zarazić Cię miłością do gór i do turystyki pieszej będzie super! Ale nie trzeba jednak wchodzić na wysokie góry, by poczuć tą magię przeżywaną koniecznie w dobrym towarzystwie. A jeśli chodzi o piwo, to ono smakuje wszędzie, ale w górach najlepiej. Bo, przy czym wieczorami najlepiej się opowiada o szlakach. Różne Cole, albo inne mineralne wody nie dają tej atmosfery.

  3. Mareczku nic nowego, jak zawsze dobrze napisane, idealnie dobrane słowa, czytając to czuje się jakbym szła tam z Wami 🙂 A i troszkę jakby wspomnieniowo z Bractwem Kurkowym za dawnych czasów studenckich 🙂

    1. Dzięki za uznanie i tak fajne słowa! Cieszy mnie, że mogłem Cię tym tekstem zabrać w Bieszczady. A jeśli chodzi o Bractwo Kurkowe… ono też czeka na swój opis.

    1. Dziękuję za uznanie i bardzo mnie cieszy, że mój styl pisania przypadł Ci do gustu.
      W niedługim czasie wezmę się chyba za Polski Grzebień.
      Pozdrawiam.

  4. Dobrze poczytać coś napisanego lotnym stylem i dłuższego niż pospolity sms. Wspomnienia zostają w nas i dają radość… i pisz dalej. Sympatycznie połazić tam, gdzie się nie było lub dawno nie było… ot i proste wytłumaczenie sensu przelewania na papier tego co się przeżyło i … czytania… na luzie lub z ciążącym plecakiem. Pozdrawiam serdecznie Joanna

    1. Dzięki za uznanie! Wspomnienia są fajne, ponieważ zawierają wiele emocji takich pozytywnych. Czasem przelewa się je na papier, a czasami opowiadamy sobie różne przejścia w trakcie spotkań paczki turystycznej. A miałem naprawdę szczęście trafić na świetnych ludzi. Wiek, wykształcenie, stanowisko itp. rzeczy na szlakach nie miały znaczenia, bo najważniejsze było bawienie się turystyką i ogromna radość przebywania w tak pozytywnie zakręconej grupie. Mam nadzieję, że ty też masz takie szczęście.

Pozostaw odpowiedź Lucyna Anuluj pisanie odpowiedzi