WRÓŻKI BIESZCZADZKIE

 

Kto chociaż raz był w Bieszczadach łapie tam przyjaznego wirusa, który wślizguje się w nasze geny i staje się ich najlepszym kumplem. Wracasz później z nim do domu, czyli do „gdzieś w Polsce”, albo jeszcze dalej. Wspominasz, a „dotknięte” geny szepczą Ci do serca i do ucha: pojedźmy, chociaż na kilka dni w Bieszczady, no pojedźmy. Kiedyś Bieszczady zostawiły we mnie taki swój ślad, później zaraziła się nimi moja żona Basia. Przeszło to także na dzieci, które zaglądały tam co jakiś czas.

Przyszedł w końcu czas na „porwanie” w Bieszczady naszej wnuczki Julii.

Chcieliśmy, aby poczuła, czym on są i co w sobie mają. Najważniejsza jednak była zabawa i inne przyjemności. Kąpiel w zalewie i basenie, rejs statkiem po Solinie, mini zoo, place zabaw i oczywiście codzienne spacery, a także opowiadania różnych legend zanurzonych w bieszczadzkim klimacie.

A góry? Poczekają jeszcze parę dni. W planach mieliśmy wejście na Połoniny, zależało to jednak od Julci. Będzie chciała, to wdepniemy na Połoninę Wetlińską lub Caryńską, a jeśli nie to odpuścimy sobie i już. Pobędziemy trochę w Polańczyku, pozwiedzamy bliższe i dalsze okolice, a o wejściu na szczyt pogadamy i wybierzemy jakiś dzień. Padło na dzień przedostatni.

Wstaliśmy rano i wiedzieliśmy, że będzie upał.

Termometr zaokienny pocił się już od samego świtu. Będzie grzało, będzie grzało – darł się, przekrzykując okoliczne koguty. Spać faktycznie się nie da – szepnąłem, otwierając oczy.

– Ludziska, ludziska!!! Będzie ponad trzy dychy w cieniu. W cieniu trzy dychy, jak w pysk strzelił – komunikował patrzącym na jego twarzowy słupek.

Będzie patelnia – pomyślałem. W słońcu będzie sporo więcej – powiedziałem sam do siebie, a on potwierdził to skokiem do czterdziestej drugiej kreski. A może miał tylko czkawkę.

– Połoniny są odsłonięte, więc przy takim upale odpuścimy je sobie. Nie będziemy narażać naszej małej turystki na taką spiekotę – zwróciłem się do Basi.

– Chyba tak, a nawet na pewno – zgodziła się ze mną.

Wybraliśmy wejście na Małą Rawkę. Szlak prowadzi głównie w lesie, więc ochroni nas przed żarem lejącym się z nieba. Czy Julcia da rady? W swoim małym życiu wchodziła już na większe górki, więc na Małą Rawkę wdrapie się na luzie. A gdyby ciężko zrobiło się na szlaku, zawrócimy i już. Nic na siłę.

 

Z parkingu ruszyliśmy powolutku w stronę schroniska, w którym spędziliśmy chwilkę. I dalej na szlak. Szybko do lasu, by przed słońcem uciec. Cień, a w cieniu drzew lekko kroki się stawia i opowiadania są jakby weselsze, mniej męczące.

Nawet leśna ścieżka z ciekawością słuchała naszych i Julci opowieści. Bez zmęczenia i znudzenia szliśmy razem z nią pod górę. Czasem zrobiliśmy sobie „klapen dupen”, łyknęliśmy trochę wody i soku. Popatrzyliśmy, co w lesie rośnie, przetarliśmy czoła i „wspinamy się” dalej.

Do tego momentu było „nawet, nawet”, jak mawiała Julcia.

Słońca szperacze usilnie chciały dopaść nasze ciała. Na szczęście drzewa skutecznie skrywały nas w swoim cieniu. Niestety po pewnym czasie przestały koronami falować. Czyżby wiatr sjestę sobie zrobił, a drzewa poszły jego śladem?

Gdy do szczytu pozostało nam tylko kilkanaście minut, Julcię nagle dopadło małe znużenie. Nawet mówić jej się nie chciało, a to było niespotykane. Spojrzałem na nią, ale nie dostrzegłem u niej braku sił, a tylko znużenie duchotą. No nic, trzeba coś wymyślić dla zachęty.

– Siądźcie i odpocznijcie, a ja pójdę poszukać wiatru, a przy okazji zobaczę, jak daleko jest do szczytu.

– Siądziemy wszyscy. Odpoczniemy i zobaczymy, co dalej – powiedziała Basia.

Odpoczywaliśmy trochę dłużej niż zwykle. W tym czasie rzuciłem okiem na mapę i mówię:

– Dziewczyny, do szczytu mamy około piętnastu minut. Ja pójdę do przodu, by znaleźć dobre miejsce na zdjęcie. Pstryknę wam fotkę na podejściu i coś później postanowimy. Może tak być?

Julia skinęła głową, ale nie była do tego przekonana.

Ruszyłem szybko w górę, a tylko po to, by coś wymyślić. Miałem także nadzieję, że wiatr obudzi się, ożywi drzewa i otrzeźwi naszą małą turystkę. Idę, myślę, patrzę i widzę, jak z góry schodzą dwie młode kobiety. Mam! Mam!!! I nagle jak w bajkowym Dobromirze stuknęło mnie coś w głowę. Zatrzymałem kobiety.

– Cześć – rozpocząłem – mam do was wielką prośbę.

– Mów – odrzekła jedna z nich

-Troszkę poniżej za zakrętem odpoczywa moja żona z wnuczką. Czy mogłybyście powiedzieć im, że już niedaleko do szczytu? Czy mógłbym Was także prosić, aby troszkę wnuczkę zachęcić do podreptania na szczyt?

– Jasne! Zrobimy to z radością. Będziemy miały zabawę. A jak dziewczyny mają na imię?

– Żona ma na imię Basia, a wnuczka Julia. Acha jeszcze jedno, przyjechaliśmy z Chrzanowa.

Schodząc w dół, rozmawiały o czymś ze sobą, gestykulując przy tym obficie. Pewnie ustalały plan rozmowy zachęcającej. Zadowolony usadowiłem się w dobrym miejscu do zrobienia fotki i całkiem spokojnie czekałem na żonę i wnuczkę. Po kilku minutach zza zakrętu, przebierając szybko nogami, wypadła Julcia i równie szybko stanęła przede mną.

– Dziadek, dziadek, widziałeś te dwie panie – lekko zdyszana zapytała Julcia.

– Nie, nikogo nie widziałem. Siedzę sobie tutaj i czekam na Was.

– A myśmy je spotkały – dumnie dodała Basia, uśmiechając się do mnie znacząco.

– Odpoczywałyśmy sobie z babcią na pniu, gdy podeszły do nas dwie panie. Popatrzyły na nas i wiesz co?

– No nie wiem – odpowiedziałem z całą powagą.

– Patrzą na nas i mówią: cześć Julcia, cześć Basia. Tak jakby nas dawno znały. Ciekawe skąd wiedziały jak mamy na imię? Wiesz dziadek, że one nawet wiedziały, skąd jesteśmy i gdzie idziemy!

– Niemożliwe – wtrąciłem z powagą i niedowierzaniem.

– No mówię Ci – ciągnęła dalej Julcia. Pogadały sobie z nami chwileczkę. Powiedziały, że szczyt jest bardzo blisko i na pewno dam rady. I wiesz, co jeszcze się stało?

– Cóż jeszcze dziwniejszego mogło się stać?

– Jak mnie jedna pani pogłaskała, to od razu chciało mi się wstać i iść dalej !

– To prawda. Widziałeś, jak szybko rwała do góry – zwróciła się do mnie Basia, potwierdzając opowieść Julki.

– Wiecie co – po chwili zastanowienie rozpoczęła Julcia – to na pewno były jakieś wróżki. Tylko nie wiem jakie.

– Wiesz – rozpocząłem podobnie – to jest możliwe. W Bieszczadach takie rzeczy często się zdarzają, bo to jest miejsce magiczne.

„Anioły Bieszczadzkie, Bieszczadzkie Anioły…” – włączyła się w mojej głowie piosenka Starego Dobrego Małżeństwa.

– Nie wierzyłam w takie rzeczy, a tutaj coś takiego nas spotkało – z powagą i uśmiechem podsumowała Basia.

Dojście do szczytu nie sprawiło nam już żadnego problemu. Wróżkowa energia niosła Julcię, a drzewa kierowały w nas chłodzący wiaterek.

Na szczycie podziwialiśmy panoramę, z Połoninami w roli głównej. Julcia natomiast szczególną uwagę zwróciła na parking, wypełniony zabawkowymi samochodzikami, pomiędzy którymi kręcili się ludzie wielkości mrówek. Chwila zamyślenia, łyk soku i Julcia stwierdziła:

– Babciu, a mnie się wydaje, że te wróżki czekały tutaj na mnie. Nie mogły się doczekać, więc zeszły po mnie. Chciały mnie chyba obudzić.

– Tak chyba było, a nawet na pewno tak było – powiedziała Basia, a trafność stwierdzenia potwierdziła kilkukrotnym, zamyślonym i wesołym skinieniem głowy.

– Wiesz babcia, wróżki są wszędzie, a nie tylko w bajkach.

– A w Bieszczadach jest ich najwięcej – natychmiast dodała Basia.

Po tych słowach już wiedziałem, dlaczego Bieszczady tak przyciągają. Te fluidy i klimat przenikają wszystko i wszystkich.

2 myśli na temat “WRÓŻKI BIESZCZADZKIE

  1. No… Marku. Gratuluję talentu literackiego, bardzo przyjemnie czyta się. Jak to dobrze mieć pasję i jeszcze móc podzielić się nią z innymi.SUPER👍

    1. „Przyjemnie się czyta”, więc można pisać dalej. Dziękuję za tak fajne słowa i zapraszam do poczytania innych tekstów znajdujących się na mojej stronce.

Dodaj komentarz