Wyjazd

Wszystko ustalone, a więc spotykamy się na dworcu kolejowym w Chrzanowie i jedziemy do Krakowa. A tam wraz z naszymi maleńkimi, jak szafa trzydrzwiowa plecaczkami, pakujemy się do pociągu. Kierunek Zakopane. Nie mieliśmy miejsc rezerwowanych, więc z plecakowym garbem wędrowaliśmy korytarzem Pullmana w poszukiwaniu wolnych miejsc. Ku naszemu zaskoczeniu wcale nie było tak źle, jak „wroga propaganda” podawała. Pociąg ruszył przed północą. W naszym przedziale jedno miejsce zajmował już młody, który wsiadł chyba na jednej z wcześniejszych stacji, czyli jechał kolega gdzieś z Polski. Spał jak zabity. Ani wrzucanie plecaków na półki, ani nasze głośne szepty nie ruszały go. Może miał takie postanowienie, że bez względu na wszystko musi przyjechać rano do Zakopca całkowicie wyspany. Może planował, jakieś poważniejsze przejście z samego rańca i chciał się wyspać maksymalnie. Nie chcąc mu przeszkadzać, przymknęliśmy oczy wraz z ustami. Czekaliśmy na sen. Usypiała nas żelazna kołysanka nucona przez tory i koła wagonów. Rytmiczny, monotonny stukot przywoływał sen, drzemiący gdzieś tam za czarnymi szybami. Chyba jednak nie słyszał tego wołania. Nie poczuliśmy jego wjazdu do wagonu. A może już w nim był? Może w całości pochłonął go kolega „gdzieś z Polski” i dla nas już nie wystarczyło. A może to oczekiwanie na spełnienie naszych marzeń nie pozwalało nam zasnąć. Męczarnie senno coś tam, coś tam, sprawiły, że jedną nogą byliśmy w świecie snu prowadzącego nas po graniach Słowackich Tatr, a drugą nogą utknęliśmy w rzeczywistości wrzeszczącej zgrzytem hamulców, kół i torów na każdej stacji. Takie pobudkowo-kolejowe atrakcje pojawiały się na każdej stacji, a ona z kolei wzbogacała je o inne sobie tylko przypisane. Chwilę po każdym zatrzymaniu się pociągu otwierały się drzwi naszego przedziału i Ktoś pytał, czy są wolne miejsca. Nasze głowy pokręciły się parę razy w lewo i prawo, dając bezgłośna odpowiedź. Dla sprawdzenia Ktoś omiótł nas wzrokiem, rzucił okiem na kanapy, a nawet plecaki szczelnie wypełniające półki bagażowe, po czym z nerwowym trzaskiem zasuwał drzwi. Za każdym razem patrzyliśmy w kierunku odchodzącego trzaskacza drzwiowego, a po chwili spoglądaliśmy na siebie, by ze stoickim spokojem powiedzieć: co za burak. A nasz kolega „gdzieś z Polski” ani drgnął w swoim śnie. Wyłączony nasłuch rzeczywistości nie zaprzątał mu głowy tymi wątpliwymi atrakcjami. Nawet zepsuty zamek w drzwiach pełen był podziwu dla kolegi „gdzieś z Polski”. Wyrzucił jakąś sprężynkę ze swego wnętrza i zasnął głęboko na rok, czyli do czasu naprawy. W takich to atrakcyjnych okolicznością jechaliśmy sobie godzin parę, a może nieco więcej. Kolejne stacje, kolejni ludzie w drzwiach i tylko ciekawski księżyc ten sam. Jego Ciekawość spoglądał na nas z korytarza, by już na kolejnym zakręcie przeskoczyć na drugą stronę i przytulić się do okna naszego przedziału. Oświetlał nas swoim sennym światłem, spoglądał w przymrużone oczy, a po chwili odpłynął w stronę grupki leniwych chmurek. Schował się za ich ciemnoszarą maską, jakby chciał się z nami bawić w chowanego. Widać on, jak i my, nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu.

Z księżycowej zabawy i zamyślenia wyrwało mnie zwalnianie pociągu, co oznaczało dojazd do kolejnego dworca. Oczy wszystkich, z wyjątkiem kolegi „gdzieś z Polski”, mówiły: znowu będzie cyrk z drzwiami w roli głównej. Flegmatycznie zapiszczały pociągowe koła ścierające się z szynami. I równie nagle nasz kolega „ gdzieś z Polski” zerwał się na równe nogi, jakby go prąd kopnął.

– Jaka to stacja – rzucił w nas pytaniem.

– Nie wiem – odpowiedział siedzący przy drzwiach Andrzej – można jednak wyjrzeć przez okno i zobaczyć.

Nasz kolega „gdzieś z Polski” był tak zaspany, że chyba nie do końca załapał znaczenie słów Andrzeja. Szybko opuścił okno i zapytał o to samo idącego po peronie.

– Chabówka – doszedł nas głos z peronu.

Po tych słowach nasz kolega „gdzieś z Polski” błyskawicznie zaczął zbierać swoje rzeczy wraz z plecakiem. Wrzucił szybko coś na siebie i wybiegł z przedziału. Rzucił jeszcze szybkie „do widzenia” i już go nie było. W przedziale zrobiło się nieco luźniej i swobodniej. Po chwili pociąg ponownie ruszył. Pomyśleliśmy sobie o spanku albo innej drzemce. W tym momencie drzwi się otworzyły, a w nich stanął nasz kolega „gdzieś z Polski”. Popatrzyliśmy na niego mocno zaskoczeni, a pytajniki w naszych oczach chórem chciały wyśpiewać zdziwienie i pytania. Kolega „gdzieś z Polski” ubiegł je wszystkie.

– Jak tam Chabówka. To dopiero… jajcarz jakiś z tego tubylca.

Całkowicie już wybudzony kolega „gdzieś z Polski” usiadł na swoim niedawno opuszczonym miejscu. Uśmiechnął się i już do samej Chabówki rozmawiał z nami. Dlaczego? NO BO Z NAMI NIE DA SIĘ NIE GADAĆ! Teraz dopiero, jak to zwykle z nami bywało, przedział wypełniły rozmowy, luz i śmiech (głównie niekontrolowany). I tak już do Chabówki było. Zresztą po Chabówce też się działo, czyli już do samego Zakopca przedział buchał śmiechem.

Poranek w Zakopanem przywitał nas pięknymi widokami i autobusem, który zabrał nas wraz z plecaczkami na przejście graniczne na Łysej Polanie. Komora celna, paszport, spojrzenie w oczy celników, krótkie pytania, pieczątka i już byliśmy w Czechosłowacji, a dokładniej w Słowacji. Krótki spacerek na przystanek (zastávka), oczekiwanie, piwko, oczekiwanie, autobus, asfalt, Tatry wkoło i… Stary Smokowiec (Starý Smokovec). Sławkowski Szczyt (Slavkovský štít) i urokliwy budynek u podnóża. Wspaniałe!

Klapnęliśmy sobie w dworcowej knajpce i kontemplowaliśmy ten widok, nie myśląc wcale o wyjeździe do Nowej Leśnej (Nová Lesná). Po kilkunastu minutach głos dworcowego megafonu wyrwał nas z tego zamyślenia. Urwały się rozmowy. Czas jechać dalej. Patrząc na wagoniki kolei podmiejskiej, czyli słynnej Elektriczki (Tatranské elektrické železnice – električka), aż chciało się przejechać czymś tak fajnym. Poczuć coś innego niż przyzwyczajenia do zwykłego pociągu.

Dodaj komentarz